niedziela, 31 lipca 2016

Stylizacja: granatowa bluza w białe paski



Patrząc na te fotografie nie będziecie w stanie mi uwierzyć, że jeszcze jakiś czas temu nie lubiłam niebieskiego koloru. Kiedy byłam nastolatką tak bardzo kochałam błękitny, że wszystko w moim pokoju było właśnie w tym kolorze. A później przyszedł czas, w którym kompletnie z niego zrezygnowałam. Dziś wraca do moich łask, może za sprawą pięknych: nieba i morza wokół zielonej wyspy? Nie jestem pewna. Wiem jednak, że ostatnio daję mu szansę, a szczególnie gdy idzie w parze z wprost ubóstwianymi przeze mnie paskami.

Gdzieś w moim stylu inspiruję się cały czas francuskim szykiem, na pewno dostrzeżecie to w niejednej, przygotowanej przeze mnie, stylizacji. Poza tym przygotuję na blog coś, co pozwoli Wam poznać bliżej podstawy francuskiego stylu, ale to jeszcze za chwilę ;) A dziś w roli głównej granatowa bluza w białe paski.



Lato w Szkocji? Nie wiem czy coś takiego istnieje, ale w lipcu zdarzają się naprawdę ciepłe dni, dlatego chcemy korzystać z nich najintensywniej jak to możliwe. W tym czasie wszyscy wylegują się w miejscowych parkach albo uciekają na plażę. Najbardziej znana w Edinburghu nosi nazwę Portobello. Tam właśnie wybraliśmy się też my, żeby zrealizować dla Was kilka zdjęć. Połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. I muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z tego efektu. Bardzo fajnie wkomponowałam się w swoim stroju w błękit morza i nieba. Zdjęcia są po prostu cudne!



A teraz kilka słów na temat mojej stylizacji. Oto przepis na nią:

granatowa bluza w baski H&M
niebieskie spodenki Top Secret
biała podkoszulka H&M
białe trampki Anna Field/ Zalando.pl
szara torebka H&M
okulary Reserved

W wolnym dniu lubię ubrać się luźno, ale lubię też wyglądać dobrze. Bo luźno czy niezobowiązująco nie oznacza niedbale. Gdy większość dnia spędzam w domu chcę, żeby było mi również wygodnie. Bardzo często w takim dniu wychodzę jednak na miasto czy po zakupy, wtedy nie chcę się przebierać za każdym razem. Taki strój się sprawdza. Spróbujcie.

Poza tym mam nadzieję, że Wam również spodoba się moja dzisiejsza stylizacja i tak samo jak mnie, urzeknie Was plener, w którym zrealizowane zostały zdjęcia. 
Ach! Chyba czasem nawet lubię Szkocję ;) Udanej i aktywnej niedzieli Wam życzę. E.




środa, 27 lipca 2016

Miniporadnik dla każdej kobiety z klasą. "Szkoła wdzięku Madame Chic", Biovax, Long4Lashes






Madame Chic poznałam jakieś trzy lata temu. Wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka "Lekcje Madame Chic" Jennifer L. Scott. Muszę przyznać, że rzeczywiście mnie urzekła. Przede wszystkim dlatego, że napisana została dobrym i prostym językiem oraz zawiera wytyczne, które większość z nas zna i po części pewnie nawet stosuje. Autorka zebrała to wszystko w jedną całość i podpierając się swoimi doświadczeniami z półrocznego pobytu na stypendium w Paryżu, ułożyła w sprawnie skonstruowany podręcznik dobrego zachowania i stylu, traktując Francuzki i wspomnianą Madame Chic, jako mentorki na swojej drodze ku właściwemu postępowaniu w wielu sprawach ważnych dla każdej kobiety. Później ukazała się druga część "W domu Madame Chic", po którą sama nie zdążyłam jeszcze sięgnąć. Teraz czas na trzecią część. 

"Szkoła wdzięku Madame Chic" utrzymana jest w tym samym klimacie, co poprzednie pozycje. Książka składa się z trzech części. Przewodnikiem po zaułkach wdzięku jest oczywiście autorka, ale nie bez znaczenia pozostaje tutaj postać naszej wspaniałej i cenionej mentorki. To właśnie na Pani Chic wzoruje się także tutaj Jennifer L. Scott. Okazuje się, że Francuzka także w sprawach nauki wdzięku jest swego rodzaju ikoną dla naszej autorki, a co za tym idzie, również dla ogromnej ilości czytelniczek sięgających po tę lekturę. A zatem uczymy się z poradnika kolejno jak zadbać o swoje: strój, wygląd i zachowanie. Książka pokazuje  jak kobieta powinna pielęgnować swoje ciało, włosy, paznokcie, a nawet zęby! Daje proste porady jak wykonać szybki i prosty makijaż. A zatem tworzymy bazę dla właściwego stroju. Ponieważ kolejnym elementem jest właśnie dobiór ubioru, właściwy do sytuacji. Gdy to już wszystko wiesz, możesz wyruszyć na miasto, spacer, do kina, na przyjęcie. Albo po prostu położyć się spać, bo z poradnika czytamy nawet o odpowiednim doborze stroju (niekoniecznie piżamy!) do snu. To wszystko wciąż jednak nie koniec! Kim byłaby pięknie ubrana kobieta bez dobrych manier i bez umiejętności zachowania się w różnych okolicznościach? Prawdziwa kobieta Chic, prócz właściwego wyglądu i właściwie dobranego stroju, posiada również umiejętność odpowiedniego zachowania się. To jednak nie wszystko. Na pozór bowiem może wydawać się to bardzo proste. W gruncie rzeczy jednak wcale tak nie jest. W szyku nie chodzi bowiem o to, by makijaż, zadbane włosy, odpowiedni strój i maniery "założyć" wychodząc z domu. Zdecydowanie bycie szykowną kobietą polega na tym, by w taki sposób żyć, by tego się nauczyć i na zawsze zapamiętać, by to było nasze środowisko naturalne. I w tym kryje się cała sztuka bycia chic, a przy tym sekreta Francuzek, z którego czerpią nie tylko Europejki, ale także kobiety na całym świecie. Dobrze wiecie, że hołduję takiemu stylowi, ja to kupuję!



Pozostając w temacie szyku i wdzięku chcę polecić Wam dziś dwa kosmetyki, które mogą pomóc Wam w realizacji założeń ukrytych w książce o Madame Chic. Pragnę zaprezentować Wam dziś coś, co jakiś czas temu skradło moje serce. Chodzi tutaj o serum wzmacniające do włosów Biovax A plus E by L'biotica oraz o odżywkę do rzęs Long4Lashes by Oceanic.

Biovax to coś, do czego przekonałam się bardzo szybko. Odkąd pamiętam mam problem z włosami, u nasady się przetłuszczają, a na końcach się przesuszają. Raz na tydzień bądź na dwa tygodnie stosuję olejowanie, czyli wcieram olej kokosowy w przesuszone końce moich włosów, robię to przed myciem. Jednak taka forma jest dość kłopotliwa, wymaga pewnego przygotowania i czasu. Serum, o którym mowa ratuje moje przesuszone końcówki i nie wymaga wcześniejszego planowania. Po prostu należy je wetrzeć w jeszcze wilgotne po umyciu włosy i gotowe. Końcówki są wygładzone i nabłyszczone, nie wydają się już suche. Ponadto serum odżywia je i regeneruje.

Druga rzecz, o której dziś piszę pomogła mi w pewnym stopniu pozbyć się kompleksów ;) Mam małe oczy i zawsze miałam tez bardzo krótkie rzęsy. Dlatego, gdy ktoś zaproponował mi serum na porost rzęs, nie wahałam się ani chwili. Mimo, że na upragniony efekt musiałam czekać prawie pół roku! Long4Lashes, jak większość tego typu wspomagaczy, należy stosować właśnie przez tak długi czas, by osiągnąć pożądany efekt. Dobra wiadomość jest taka, że właściwie jedno opakowanie wystarcza na ten okres. Później, dla podtrzymania efektu, nanosimy go już tylko raz czy dwa razy w tygodniu. Moje rzęsy są naprawdę dłuższe, myślę że około 4-5 mm.

Sprawdziłam na sobie działanie tych kosmetyków, więc z czystym sumieniem namawiam Was do korzystania z nich. Zachęcam również do zaprzyjaźnienia się z Madame Chic, mnie jej sposób życia przekonuje.

P.S. Dla zainteresowanych polecam stronę Jennifer L. Scott 
oraz specjalne pozdrowienia dla jej polskich czytelników 



niedziela, 24 lipca 2016

Tu jestem zawsze u siebie



Mój czas pobytu w Polsce dobiegł końca. Chciałabym uśmiechać się na wspomnienie tego, co dał mi ten urlop, a jednak do oczu cisną się łzy, bo jak zwykle żal było stamtąd wyjeżdżać. Na szczęście baterie zostały naładowane, a serce wciąż przepełnia się miłością i radością na myśl o wszystkich cudownych ludziach, którzy tam na mnie czekali i chwilach, które razem przeżyliśmy.
Wieczorem, przed wylotem, odwiedziłam skierniewicki rynek. Chodziłam po bruku, po którym przeszłam już milion razy, patrzyłam na fontannę i kamienice, które widziałam wcześniej tak samo często i chłonęłam ten moment na tyle intensywnie, by zabrać go ze sobą w całości do Edynburga. 



Niesamowite jest to uczucie, które towarzyszy mi za każdym razem, gdy wracam do Skierniewic. Za każdym razem czuję bowiem, jakbym stąd w ogóle nie wyjeżdżała. Z jednej strony jakaś część mnie została gdzieś tam, daleko, na zielonej wyspie. Ta właśnie część powoduje, że już nie do końca pasuję do tego, co jest tu. Jednak większa część mnie wciąż jest w rodzinnym mieście i domu, we wszystkich meblach, książkach, ubraniach i bibelotach, które mam w swoim pokoju. To aż nieprawdopodobne, jak dużo radości, za każdym razem, sprawia mi dotykanie przedmiotów, które z czymś się kojarzą i odnoszą do jakichś wspomnień. Każda mała rzecz przywodzi na myśl sytuację z przeszłości, w której coś się kryje.



Wiele razy zdarzało mi się opuszczać mój dom. Czasem w związku z wyjazdem na krótko, na przykład na wakacje, a innym razem na dłużej, na przykład przeprowadzka do Warszawy w czasie studiów. Nota bene w przeszłości spędziłam także jedne wakacje w Edynburgu. Jednak za każdym razem miałam poczucie, że te wyjazdy są tylko na jakiś czas. 

Gdy byłam młodsza żyłam w przeświadczeniu, że cały świat stoi przede mną otworem. Myślałam, iż powinnam poświęcić się podróżowaniu, poznawać różne zakątki Ziemi po to, by znaleźć coś dla siebie, by wybrać własne miejsce, tam się osiedlić, założyć rodzinę i spędzić resztę życia. Może wynikało to faktu, że mój tata wiele lat pracował we Włoszech, a my wyjeżdżaliśmy tam na wakacje. Ach! Italia wydawała mi się wtedy rajem na Ziemi, jedynym i wymarzonym miejscem na świecie. 
Z czasem jednak, im więcej poświęcam się takiemu małemu emigrowaniu czy po prostu podróżowaniu, przekonuję się, że moje serce woła do powrotu. Gdzieś w głębi siebie czuję, iż powinnam jednak wrócić tam, skąd wyruszyłam. Może należę do osób sentymentalnych i jestem blisko związana z moją rodziną, ale wraz z upływem czasu przekonuję się, że nie powinnam dłużej z tym walczyć, bo to właśnie jestem ja. Jeśli rodzina, przyjaciele, dom i wszystko, co mi bliskie za każdym razem zostaje w Polsce i jeśli to właśnie jest dla mnie najważniejsze to już nie chcę się dłużej z tym kłócić. Nie mogę przecież ciągle żyć przeciwko sobie. 

Oczywiście nie oznacza to, że za chwilę wszystko rzucę i wrócę do rodzinnych Skierniewic, ponieważ tego pragnie moja dusza. Z Edynburgiem wiążą mnie już pewne zobowiązania i plany na przyszłość. Wiem jednak, że pobyt tutaj to tylko kilkuletnia przygoda, która kiedyś dobiegnie końca.


W tym wpisie zamieściłam zdjęcia miejsc i sytuacji, które są mi bliskie. Kochany west Kora, półka przy łóżku jak zwykle przepełniona książkami, rower, który każdego lata był towarzyszem moich miejskich eskapad oraz widok z okna, szczególnie piękny w letnie poranki, gdy słońce już wstało, a miasto jeszcze nie zdążyło obudzić się do życia i ten chłód spędzający sen z powiek. Bezcenne. 

Jednym z moich wielkich marzeń są podróże. Chciałabym zwiedzić dużą część świata, kocham Europę i chcę ją poznać. Myślę, że nawet stopniowo cały czas realizuję ten plan. Często jednak, gdy ktoś pyta mnie co najbardziej lubię w podróżowaniu, odpowiadam, że powroty. To taki żart, ale kryje się w nim trochę prawdy. Na każdy wyjazd wakacyjny, urlopowy, czekam z niecierpliwością. Ekscytuję się na myśl o tym, co zobaczę, gdzie będę, czego doświadczę. Każdy człowiek potrzebuje resetu. Jednak gdy nasycę się już nowymi smakami, kulturami i widokami to zawsze odliczam dni do powrotu. I ta cudowna myśl, że mogę podróżować wiedząc jednocześnie, że mam gdzieś swoje miejsce, do którego zawsze mogę wrócić, swoją małą przystań, gdzie zawsze jestem u siebie... DOM.



czwartek, 21 lipca 2016

Z lotniska


Ile razy mieliście okazję być na lotnisku? Lubicie na nim przebywać? Jakie emocje towarzyszą Wam podczas pobytu w miejscu, w którym spotykają się ludzie różnych narodowości i kultur, w miejscu, w którym każdy jest w drodze?

Może wydać się Wam to dziwne, ale ja lubię przebywać na lotniskach i lubię atmosferę tych miejsc. Nie boję się latać samolotami, a może nawet je lubię. Zawsze jednak denerwowała mnie cała ta oprawa towarzysząca lataniu. Musisz zgłosić się na dwie godziny przed odlotem, zastanawiasz się czy wszystko zabrałeś, nerwowo szukasz paszportów czy kart pokładowych, przechodzisz przez 10 bramek, w których lustrują cię od stóp do głów, a Ty zastanawiasz się czy nie zachowujesz się podejrzanie. Myślałam wtedy, dlaczego z lotami nie jest tak, jak na przykład z pociągami, po prostu wsiadasz, zajmujesz swoje miejsce, a później po prostu ktoś tylko sprawdzi Twój bilet. 
Z czasem latanie stało się jednak łatwiejsze. Check-in robisz w online w domu, a ilość kontroli na lotnisku jest mniejsza. A zatem zyskaliśmy czas na czekanie, jednak czy to zajęcie można nazwać fajnym?


W moim odczuciu tak! Mimo wszystko staram się być na lotnisku dość wcześnie. Nie lubię się spóźniać, to po pierwsze. A po drugie, latam z różnych miejsc, nie do wszystkich lotnisk mam blisko, nie wszystkie lotniska znam. Wolę zatem przybyć wcześniej i poczekać, niż później nerwowo szukać swojej bramki i biegać jak szalona wymijając podróżujących by zdążyć na swój samolot. 
Kiedy jednak jestem już po odprawie i kontroli, siadam w poczekalni, cieszę się tą chwilę. Z przyzwyczajenia zawsze mam przy sobie gazetę lub książkę, żeby umilić sobie oczekiwanie lub po prostu, żeby czas szybciej mi mijał. Od pewnego jednak czasu łapię się na tym, że owszem, wyjmuję tę moją lekturę z torby, ale wcale jej nie czytam. Trzymam ją na swoich kolanach i tyle. Ja sama oddaję się obserwacji ludzi. Widzę jak kolejni pasażerowie ustawiają się w swoje kolejki i nikną za drzwiami prowadzącymi na płytę lotniska. Każdy jest inny. Różnej narodowości są ci ludzie, różnego koloru i wyznania. Jedni są mali, drudzy duzi. Część z nich stara, z bagażem doświadczeń, a część to dzieci podróżujący pod opieką swoich rodziców, w nosidełkach, w wózkach, na kolanach. Każdy ma za sobą odmienną przeszłość i inna spotka ich przyszłość, ale łączy ich to, że tu i teraz są na tym samym lotnisku. Na twarzach jednych widać troskę i smutek, na twarzach drugich szczęście i radość. Na coś czekają, przed czymś uciekają. Za chwilę wsiądą do jednego samolotu, odlecą do jednego miejsca i tam ich drogi się rozejdą. Zdarza się, że rozmawiamy z nowo-poznanymi ludźmi. Dzielimy się z nimi swoimi doświadczeniami, opowiadamy o swoim życiu. Nie musi być tak, że zaprzyjaźnimy się z tymi ludźmi, w tym momencie chcemy po prostu nie być sami, oni są tutaj tak, jak my, w tym samym celu, jedną drogą zmierzamy.


Zawsze, podczas pobytu na lotnisku oddaję się również refleksjom na temat życia prywatnego. W moim odczuciu sama obecność w tym właśnie miejscu jest pewnego rodzaju zamknięciem jakiegoś etapu. Za chwilę przeniosę się w inne miejsce, będę przebywać w innym kraju, czegoś się nauczę, coś zyskam, coś stracę. Coś jakby teleportacja w czasie. Mam takie odczucie, ponieważ nie latam samolotami codziennie i w moim życiu i odczuciu te loty mają jednak znaczenie symboliczne i dyktują pewne nieodwracalne zmiany. 

Mówi się, że podróże kształcą, to prawda. Uczymy się być wśród nowego, obcego, nie zawsze to nam się podoba. Najważniejsze jednak, by nie bać się, a jedynie czerpać z tego. I choć nie zawsze będziemy rozumieć jaki ma to w sobie cel i co może nam przynieść, to zaufajmy temu, co się dzieje, bądźmy cierpliwi, a odpowiedź poznamy wkrótce. 


czwartek, 14 lipca 2016

W roli głównej mała czarna... porzeczka



Kochani, aktualnie przebywam na urlopie. Achhhh!!! Bezcenne chwile w domu. Cały czas w biegu, nadrabiam zaległości towarzyskie, cieszę się obecnością rodziny. W głowie milion myśli i pomysłów jak maksymalnie wykorzystać ten czas. Nie mogę jednak oprzeć się temu, czego tak bardzo brakuje mi w Szkocji. Dlatego spieszę, by coś tu dla Was uzupełnić. A zatem dziś w roli głównej, w moim wpisie, pojawia się mała i niepozorna, czarna porzeczka.



Od kilku już lat moja Mama, w sezonie letnim przygotowuje dżemy porzeczkowe, które obok malinowych są moimi ulubionymi. Na pewno zabiorę ze sobą do Wielkiej Brytanii kilka słoików pysznej konfitury. Dopóki jednak jestem tutaj korzystam z tych dobrodziejstw maksymalnie.






Dziś proponuję Wam pyszny koktajl porzeczkowo - bananowy, wystarczy tylko:
dwie garście czarnych porzeczek
1 banan
3/4 szklanki wody/mleka

Wszystko blendujemy razem. Oczywiście możecie dowolnie modyfikować przepis. Dodać lub ująć składników. Dla mnie takie połączenie jest mega! Czarnych porzeczek musi być dużo, ponieważ smak banana króluje jednak w tym koktajlu. Napisałam Wam, że możecie dodać wody lub mleka, dowolnie, oba są pyszne!

Wiem, że wiele osób nie przepada za czarnymi porzeczkami, gdyż są kwaśne. Ja jednak uwielbiam je i zachęcam wszystkich, by dali im szansę chociażby dlatego, że mają bardzo dużo witaminy C.


środa, 6 lipca 2016

Zdrowe i kolorowe koktajle


Lato obfituje w wiele dobrodziejstw natury. Od kilku już lat jestem wierna wszystkim sezonowym owocom i warzywom i jeśli tylko mogę to oczywiście je kupuję i pochłaniam w ogromnej ilości. Tutaj w Szkocji jest to znacznie trudniejsze, ale to nie staje mi na przeszkodzie, by całkowicie z nich zrezygnować. 

Po warzywa i owoce najczęściej wybieram się do Lidla, tak samo robiłam w Polsce, ponieważ wiem, że tam są zawsze świeże i w dość przystępnej cenie. Czasem udaje mi się kupić coś w promocyjnej cenie i wtedy eksperymentuje.




Ostatnio pokochałam koktajle warzywno - owocowe. W internecie możecie znaleźć mnóstwo przepisów, a dla bardziej zainteresowanych dostępne są również pozycje książkowe.

Jedna z moich ulubionych propozycji na ostatni czas to koktajl z mango. Z czystym sumieniem mogę go Wam polecić. 

Przepis przedstawia się następująco:
1 mango
1 szklanka mleka roślinnego (ja najczęściej kupuję mleko migdałowe lub kokosowe)
dwie łyżeczki nasion chia

Mango obieramy ze skóry, kroimy w kawałki wydłubując pestkę, blendujemy, dodajemy szklankę mleka, blendujemy ponownie i zasypujemy nasionami chia. Wszystko mieszamy, po chwili możemy pić pyszny koktajl.







Druga propozycja to koktajl witaminowy:
garść truskawek
pomarańcza
pół grapefruita
banan
woda

Wszystkie owoce myjemy, banana i truskawki blendujemy na początku, wyciskamy sok z cytrusów, dolewamy do zblendowanych owoców. Dopełniamy wodą. Bomba witaminowa! Możecie dorzucić jeszcze kiwi, albo zrezygnować z jednego owoca.
Zasada przy robieniu koktajli jest taka, że najlepiej łączyć dwa lub trzy składniki.

Próbujcie, eksperymentujcie, warto robić to teraz, gdy są dostępne świeże warzywa i owoce.



niedziela, 3 lipca 2016

Dlaczego kocham bieganie?




To pytanie słyszałam w swoim życiu wiele razy. Szczególnie w okresie, w którym byłam naprawdę zapaloną biegaczką. Jednak warto by najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie:
 dlaczego pokochałam bieganie? I myślę, że w swojej odpowiedzi, we własnych refleksjach na temat tego sportu, nie będę odosobniona. Ta przygoda, na miliony biegaczy na świecie, ma jednak często ten sam początek. A zatem zacznijmy od początku.


Pamiętam taki czas, gdy codziennie lub prawie codziennie wychodziłam ze swoją mamą na spacer. Nie był nam straszny śnieg czy wiatr, jedynie deszcze czasem nas zniechęcały. Zazwyczaj robiłyśmy sobie wieczorne rundki wokół osiedla albo spacerowałyśmy po mieście. Chodziłyśmy wieczorami, dotlenić się przed snem. Z czasem zaczęłyśmy trochę joggingować. A gdy nie dawałyśmy rady to z truchtu przechodziłyśmy w marsz. Wraz z upływem czasu to przestało mi wystarczać...


Później przyszedł dość ciężki czas w moim życiu prywatnym i zawodowym. Pamiętam, że pracowałam w szkole, był to okres egzaminów, zakończenia roku i tak dalej. Dodatkowo remont mieszkania. Za chwilę jakieś zobowiązania prywatne i zawodowe. Dosłownie padałam na twarz. Może i byłam zmęczona fizycznie, ale o wiele bardziej doskwierało mi zmęczenie psychiczne. Potrzebowałam alternatywy, ucieczki. I znalazłam ją właśnie w bieganiu. Wracałam z pracy, czasem nawet późno, przebierałam się i szłam na jogging. Ta godzina, podczas której mogłam pomyśleć o tym, co się wydarzyło, poukładać sobie wszystko jakoś. Porządkowałam swoje myśli, oczyszczałam umysł. Biegłam, w uszach słuchawki i ulubiona muzyka, a wokół mnie soczysta zieleń budzącej się do życia przyrody i majowe ciepło. Byłam tylko ja i ścieżka biegowa. Nic poza tym. Na godzinę wyłączałam się ze świata, z egzystowania. Z dnia na dzień widziałam jak zbawienny wpływ ma na mnie sport, jak zmienia się moje ciało i jego potrzeby. Połknęłam bakcyla. Zaczęłam się tym interesować, czytać książki o ludziach, którzy biegają i polecają tę aktywność. Z czasem godzina biegu to było za mało...


Miałam swoje ulubione trasy na 8 lub 10 km. Wybrana ścieżka, stałe godziny biegu. Jednak z czasem biegałam coraz lepiej. Mój rekord na 10 km to 42 minuty, jak dla biegacza amatora to naprawdę dobry czas. Wtedy uświadomiłam sobie, że to mi nie wystarcza, że zaczyna robić się nudno. W tym czasie, razem z koleżanką, podjęłyśmy decyzję, że wystartujemy w zawodach. Pierwsza dycha w Łodzi na "Biegu ulicą Piotrkowską. Rossman Run". Tysiące biegaczy, duszno i ogromny dla mnie stres. Dużo zakrętów, mijający się biegacze, zmiany nawierzchni. Podczas biegu dopadła mnie kolka, musiałam pokonać pewien odcinek spacerkiem. Później próbowałam nadrobić czas i się nie udało. Wypadłam średnio. I wtedy pomyślałam, że chyba jednak nie o to mi chodziło.


Ja nie potrzebowałam adrenaliny, tylko większego dystansu. 10 km to było zwyczajnie za mało. Pod pretekstem przygotowania się do skierniewickiego półmaratonu, za namową ludzi z pracy, zaczęłam trenować dłuższe dystanse. Ktoś mi powiedział, że nie muszę przebiec 21 km, żeby wystartować w takim dystansie w zawodach. A zatem biegałam kilkunasto-kilometrowe odcinki, żeby się nie przeforsować, a przygotować do drugiego startu. Zbliżał się czerwiec, gorące i długie dni. Mogłam biegać później i dłużej. Zawody odbyły się nad skierniewickim zalewem, żeby ukończyć półmaraton, trzeba było przebiec 4 okrążenia. Tego dnia nie było gorąco, tylko wiał dość silny wiatr. Na starcie stanęło około trzystu biegaczy. Pomyślałam sobie, że będzie dobrze, przecież znam tę trasę, nie ma czego się bać. Dodatkowo ta świadomość, że biegnę u siebie i w każdej chwili mogę zrezygnować. Na czwartym okrążeniu znów złapała mnie kolka, popsuły mi się słuchawki i nie miałam siły biec. Przyzwyczaiłam się do biegania wieczornego, zawody odbywały się rano. Czułam, że nie daję rady. Obejrzałam się za siebie, za mną biegło jeszcze sporo osób. W myśli ucieszyłam się, że nie jestem ostatnia. Pomyślałam, że postaram się maszerować, może uda mi się dotrzeć do mety. Wtedy spotkałam na drodze innego biegacza, który również szedł, ponieważ miał problem z kolanem. Zaczęliśmy rozmawiać, wymieniać swoje spostrzeżenia, wzajemnie się wspierać. Po przejściu kilkuset metrów towarzysz zaproponował, żebyśmy spróbowali biec i tak zrobiliśmy. Właściwie do mety dobiegliśmy cały czas rozmawiając. Pamiętam, że jak przekroczyłam linię końcową to koleżanka, która na mnie czekała upomniała mnie, bym odebrała pamiątkowy medal, ktoś inny wręczył mi koszyk truskawek, a ja byłam w takim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie słowa.


Później wystartowałam jeszcze w "Biegu Powstania Warszawskiego" oraz "Półmaratonie Praskim" w Warszawie. Jednak ten pierwszy półmaraton zrobił na mnie największe wrażenie. Myślę, że tego biegacza zesłał mi mój Anioł Stróż, to było dla mnie wsparcie, bym ukończyła bieg. Czułam się, jakbym przekroczyła jakąś tajemniczą linię, weszła w "krąg wtajemniczenia" :) Dziś wiem, że w bieganiu nie chodzi o żadne zawody, super ciuchy lub buty najnowsze technologicznie, które prawie same biegają. Nieistotna jest również aplikacja, która liczy czas i zdobyte kilometry. W tym wszystkim chodzi o coś zupełnie innego.


 Najważniejsze w bieganiu jest to, że Ci się chce, mimo zmęczenia czy brzydkiej pogody, wstać i ruszyć na ścieżkę biegową. Gdy inni jeszcze smacznie śpią, ty wstajesz, ubierasz i po prostu wybiegasz. Albo po pracy, gdy ludzie siedzą w kawiarniach, popijają piwo lub w domu oglądają ulubiony serial, Ty idziesz biegać. Zostawiasz wszystko, by choć godzinę pobyć sam ze sobą. Po wspomnianym wcześniej moim pierwszym półmaratonie napisałam na Facebooku, że: 
"Bieganie jest jak kołowrotek, do którego wsiadasz i, który nakręca się do pracy tylko Twoją siłą, jeśli Ty nie podejmiesz decyzji o zatrzymaniu go, to on będzie się kręcił dalej. Kolejne dni, coś zaczyna się dziać już poza Tobą, a Ty jeszcze mocniej tego chcesz! Podejmujesz decyzję o starcie w zawodach, uświadamiasz sobie, że możesz  I znów chcesz więcej... Biegniesz w półmaratonie, kurz, wiatr, zmęczenie i głośne oddechy Twoich rywali, czujesz, że nie masz siły, ale musisz to zrobić, musisz sobie udowodnić, że i tym razem dasz radę! Kolejne okrążenie, nogi odmawiają posłuszeństwa. Myślisz "po co mi to?" i nagle na Twojej drodze staje anioł, zsyła Ci uśmiech i wiarę, że to ostatnie okrążenie należy do Ciebie. Biegniesz, pokonujesz ból i samego siebie, stajesz na mecie, czujesz spełnienie i satysfakcję  Ale kołowrotek kręci się dalej... Nie zrozumie ten, kto nie posiada w życiu pasji. Każdy z nas ma swoje życie i KAŻDY MA SWÓJ CEL:)". 

Tak właśnie czuję i w taki sposób to widzę. Bieg to skok na główkę, a ukończenie biegu to wynurzenie nad taflę wody. Jesteś oczyszczony i wygładzony, cieszysz się, że się wynurzyłeś, ale już marzysz o kolejnym skoku.


Rozumiem ludzi, którzy nie lubią tego sportu. Każdy ma w życiu coś dla siebie. Ja kocham biegać i żałuję tylko, że teraz nie mogę robić tego tak często, jak wcześniej. Podobny każdy biegacz ma w swoim życiu taki czas, że na trochę odpuszcza, ale później znów wraca do tego sportu. Bo to jest pasja, a pasja jest jak namiętność. Jeśli jest prawdziwa to pochłonie Cię całego.

Jeśli miałabym zachęcić kogoś do tej aktywności to powiedziałabym tak:
  • spróbuj kilka razy, nie 3, to za mało, lepiej 10! Tylko załóż wygodne buty, nie każde nadają się do biegania
  • na początku nie zakładaj zbyt długich dystansów, lepiej mniejsze, ale ze świadomością, że dasz radę, niech na przykład będą to tylko 3 kilometry
  • nie decyduj się od razu na przebiegnięcie całej trasy, raczej nie dasz rady, połącz bieg z marszem czy spacerem lub na zmiąnę biegnij i spaceruj
  • ciesz się chwilą, podziwiaj przyrodę, jej piękno, pomyśl o tym, że robisz to dla siebie, że to jest Twój czas, możesz słuchać ulubionej muzyki albo nie zakładać słuchawek, wybór należy do Ciebie.
Jeśli mimo tych prób nie poczujesz się lepiej, nie zakochasz się w bieganiu, nie zrozumiesz, że coś się w Tobie zmienia, trudno, nie martw się, spróbuj innego sportu :) 
Ja uwielbiam również jeździć na rowerze.

Cały ten wpis przypieczętowałam zdjęciami robionymi podczas wybiegań. Większość to już właściwie Szkocja. Jak widzicie, ten sport pozwala nam dotrzeć w wiele fantastycznych miejsc. Na końcu fotografie z moich starów w zawodach. 

Aha! Jeszcze jedna rzecz. Wspominałam Wam, że nie jest są istotne kilometry i czasy podczas biegania. To jednak nie do końca prawda. Ja mierzę swoje czasy i dystanse cały czas, ale nie robię tego tylko dla własnej informacji, po prostu co roku przyłączam się do akcji "Pomoc mierzona kilometrami" http://kilometrami.pl/ 

Powodzenia. E.