poniedziałek, 29 sierpnia 2016

"Sekret" i magia przyciągania




Czy chcielibyście poznać tajemnicę szczęśliwego życia? Czy chcielibyście odkryć prawdę o dobrym zdrowiu, udanym związku i dostatku? Czy chcielibyście odkryć sekret, który pozwoliłby Wam na osiągnięcie wszystkiego, o czym tylko zamarzycie, czego zapragniecie? Ja też! Właściwie to już go znam. Zapraszam do lektury.

Jeśli ktoś wierzy w przypadki to z czasem sam zauważa jak często mają one miejsce. Od dawien dawna interesowałam się po trosze astrologią czy numerologią i tym podobnymi sprawami, może nie jakoś mocno z pasji, ale powiedzmy, że były one obecne w moim życiu. Gdy przyjechałam do Szkocji poznałam pewną panią, która właściwie jest w wieku moich rodziców. Od początku "nadawałyśmy" na jednej fali i z czasem troszkę zbliżyłyśmy się do siebie, ona powiedziała mi dużo o sobie, a ja jej o moim życiu. Pewnego dnia zgadałyśmy się, że obchodzimy urodziny w tym samym dniu, dość niezwykły dla mnie przypadek, ponieważ nie znam nikogo innego, kto miałby swoje święto w tym samym dniu. I ta właśnie osoba poleciła mi książkę, dzięki której odkryłam prawdę o tym jak żyć :)




Przyznam szczerze, że lektura ta pojawiała się w moim życiu już w przeszłości, ale sięgnęłam po nią dopiero teraz. Autorka, w podobny do mojego sposób, zagaduje czytelnika próbując odkryć przed nim magię wspomnianego sekretu. Mówi o rzeczach priorytetowych, czasem trudnych lub nieosiągalnych, w życiu każdego człowieka, próbując tym samym pokazać, iż realizacja ich leży w ludzkich możliwościach. Nie dzieje się to jednak za sprawą jakiejś magii czy w inny, nienaturalny sposób. Osiągnięcie marzeń jest możliwe, co więcej za sprawą sekretu staje się ono bardzo realne. Wystarczy tylko chcieć. Ha! I w tym właśnie tkwi tajemnica. Jeśli bardzo czegoś pragniemy, gdy o czymś marzymy, urzeczywistniamy to w swoich myślach i oczekiwaniach, a z czasem staje się to bardzo możliwe. Za sprawą swoich myśli i marzeń przyciągamy. To takie proste. Dlaczego zatem tak niewiele osób z tego korzysta? Przecież kreowanie marzeń jest wielką przyjemnością. Problem tkwi w tym, że wielu ludzi, zanim jeszcze nierzeczywisty świat stanie się realny, poddaje się. Nie umieją wytrwać w swoich dążeniach, a może po prostu nie wierzą w siebie? Trudno powiedzieć. Wiem jednak, że tylko najbardziej wytrwali umieją przyciągać do siebie swoje marzenia i urealniać je. Nie możecie jednak być do tego negatywnie nastawieni. Po pierwsze musicie prosić. Po drugie, musicie uwierzyć. A po trzecie otrzymacie. Nauczcie się okazywać wdzięczność za to, co już macie, a wtedy zostanie obdarowani następnym.



Taka postawa nie jest kwestią godziny, dni czy miesięcy. Nikt nie zna odpowiedzi jak długo będziemy musieli w tym pragnieniu trwać. Najistotniejsza jest postawa, umiejętność przyciągania myślami tego, czego pragniemy. A następnie cierpliwego oczekiwania na realizację. Może ktoś pomyśleć, że to jakieś bajki, ale nie przekona się, jak sam nie spróbuje. Czasem wydaje nam się, że nasz kolega czy sąsiad ma tyle szczęścia, wszystko mu się udaje. Może my też moglibyśmy być szczęśliwi, tylko za mało przyciągamy? 

Zachęcam do lektury książki, zdobycia umiejętności przyciągania i odnalezienia przyjemności w praktyce.




poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Stylizacja: zielona sukienka

Muszę Wam się przyznać do dwóch rzeczy. Po pierwsze, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Po drugie, ta miłość w ogóle nie powinna się zdarzyć. Ale zacznijmy od początku.

Jeszcze podczas pobytu w Polsce wybrałyśmy się z mamą na zakupy do łódzkiej Manufaktury. Przechadzałyśmy się po sklepach w poszukiwaniu wszystkiego i niczego, obowiązkowo weszłam też do Zary i tam ujrzałam ją. Wisiała dokładnie na wprost wejścia, więc nie mogła umknąć mojej uwadze. Aż krzyknęłam z wrażenia! I ekspedientka spojrzała na mnie wymownie. Szybko drapnęłam ją do przymierzalni i tam przekonałam się, że to jest właśnie to!






Koronkowej sukienki szukałam od bardzo, bardzo dawna. To znaczy właściwie mam w swoim posiadaniu już jakieś inne, ale żadna nie spełnia wszystkich moich wymagań. A ta jedna tak, choć jak się okazało, ona nie jest z koronki, tylko z gipiury. Odpowiednia długość, te rękawki, właściwy dekolt (a raczej jego brak) zarówno z przodu, jak i z tyłu. Tylko ten kolor. No cóż, zieleń nigdy nie należała do moich ulubionych kolorów, chociaż od dawien dawna słyszę, że to jest właśnie mój kolor. Mam zielone oczy i taka soczysta zieleń podkreśla ich kolor. Zresztą jak patrzę na te zdjęcia to raczej jestem przekonana.




Do czego mogę nosić moją wymarzoną sukienkę? Raczej nie do pracy ;) Jednak słoneczna niedziela jak najbardziej stanowi właściwie tło. I nawet nieźle współgra z moimi ulubionymi szpilkami nude. Gdybyście chciały uczynić z niej kreację wieczorową wystarczy szpilki zamienić na czarne, do tego czarny żakiet i będzie super.

Ja bardzo lubię chodzić w sukienkach i spódniczkach, choć ostatnio mam może mniej okazji ku temu. Jednak będę Was przekonywać do tego, żebyście zainwestowały w tak zwanego pewniaka. Ok, mała czarna to podstawa, ale dlaczego nie pozwolić sobie na coś, co spełnia nasze oczekiwania i nie zawiedzie nas w sytuacji kryzysowej? Ta zielona sukienka czymś takim dla mnie jest.

Po tej sesji naprawdę zielono mi!




piątek, 19 sierpnia 2016

Ławka

Wbrew pozorom słoneczne dni też się w Szkocji zdarzają. To niesamowite, że tutaj takie rzeczy odbiera się zupełnie inaczej...

Powszechna opinia na temat Wielkiej Brytanii jest taka, że tu wiecznie pada. Dużo w tym prawdy Przeważają dni pochmurne. Nie zawsze deszczowe. Jest raczej chłodno. Wieje dość silny wiatr. I niby ja też to wiem, a jednak moje skojarzenia z tym krajem nie były aż tak pesymistyczne. Miałam przyjemność być tutaj 10 lat temu i pamiętam słońce oraz ciepłe wieczory na plaży. Owszem, nie było gigantycznych upałów, ale nie było też zimno. I teraz, gdy wracam tu po latach, ku uciesze wszystkich dookoła, jestem wciąż zaskoczona pogodą w Szkocji.
Wczoraj przyszedł jednak dzień naprawdę piękny i postanowiłam z niego skorzystać. Po skończonej pracy, wróciłam do domu, zabrałam koc i książkę, a następnie wyruszyłam do pobliskiego parku, by tam się chwilę zrelaksować. Mam w parku swoją ulubioną ławkę, na której przeważnie przesiaduję. Tak było i tym razem. Rozłożyłam swój kocyk i oddałam się słonecznej medytacji :)



Zajęłam się czytaniem i robieniem notatek, co chwilę jednak przerywałam pracę i wystawiałam buzię do słońca. Nie mogłam się oprzeć temu cudownemu uczuciu, które tak dobrze pamiętam z polskich i zagranicznych wakacji. Czy to było na przydomowym podwórku, gdzie na leżaku, ławce lub kocyku wylegiwałam się, gdy tylko pojawiało się pierwsze słońce, czy też na którymkolwiek urlopie spędzanym na wyjazdach. Słońce działa na mnie zawsze w ten sam sposób. Ogrzewa nie tylko moją twarz, ale również serce i duszę. Mam takie poczucie, że wraz z promieniami przychodzi zapowiedź udanego dnia. Ono działa na mnie kojąco i przywodzi na myśl poczucie, że w tym dniu wszystko się uda. Nastraja mnie bardzo optymistycznie i powoduje, że przez cały dzień towarzyszy mi uczucie spełnienia i ogólnej radości.



Chciałam Wam jednak powiedzieć jeszcze o tej ławce. Znalazłam ją jakiś czas temu. Umiejscowiona jest w parku, w dość dobrym miejscu. Nie stoi pod żadnym drzewem, a zatem podczas słonecznego dnia jest wystawiona na słońce i to jak, dosłownie na wprost, o wschodzie, w południe i o zachodzie. Z tyłu za nią, co widać na zdjęciach, znajduje się żywopłot, a przed nią duży pas zieleni. Dzielnica, w której mieszkam i pobliski park, znajdują się w niedużej odległości od morza, a zatem często odczuwamy tu dość silne podmuchy wiatru. Na szczęście położenie "mojej ławki" jest na tyle dobre, że nie odczuwam jego wpływu zbyt mocno. Musze jednak przyznać, że zawsze, gdy wybieram się do parku, zabieram ze sobą koc, ten, który widać na zdjęciach. Może on mi posłużyć jako okrycie, gdyby rzeczywiście za bardzo wiało. Ewentualnie mogę na nim usiąść lub się położyć, gdyby na mojej ławce nie było miejsca.

W tym dniu udało mi się usiąść w moim miejscu bez problemu, pewnie dlatego, że było dość wcześnie. Jednak niedługo czekałam na współtowarzyszy. Po chwili pojawiła się jedna pani, a za nią kolejna. Gdy te odeszły, przysiadły dwie kolejne. Następnie jeszcze pan. I nie były to osoby, które koniecznie wybrały się po to, żeby tam przysiąść. Jedna z nich wracała z zakupów, druga na nie szła. Pan jechał na rowerze i skręcił do parku.





Tak właśnie tutaj jest. Słońce nie świeci zbyt często, a jeśli nawet świeci to nie jest na tyle ciepło, by przesiadywać w parku czy na ławkach. Dlatego ludzie korzystają z każdej nadarzającej się okazji, by "złapać" choć troszkę słonecznego ciepła. Podczas tak pięknych dni wyglądają, jakby nigdzie się nie spieszyli i na wszystko mieli czas. Odnajdują czas na tę małą przyjemność i to mi się bardzo podoba.








niedziela, 14 sierpnia 2016

Sekret chwili przyjemności V: poranki

Dzisiejszy post poświęcam jeszcze jednej chwili w ciągu dnia, w której naprawdę odnajduję ogromną przyjemność. Po części będę mówić o urodzie, codziennym upiększaniu i tutaj ukłon do moich czytelniczek oraz ich wyrozumiałych partnerów, ale nie tylko. Powiem Wam jakie znaczenie ma dla mnie każdy poranek i ile w ciągu dnia z niego czerpię. Nadmienię, że jest to jednocześnie ostatni artykuł z cyklu "sekret chwili przyjemności". A zatem do dzieła.


Mój zestaw prawie idealny.


Każda z nas po porannym przebudzeniu pierwsze kroki kieruje do łazienki. Niewątpliwie. I przyznaję, że podobnie robię ja. Muszę jednak od razu wyjaśnić, że nie od zawsze tak jest. Przez wiele lat, każdego poranka, borykałam się z problemem tak zwanego niewyrabiania się. I wcale nie chodziło o drzemkę w budziku, przestawianą co dziesięć minut. Drzemka została pokonana, a właściwie kompletnie zrezygnowałam z niej, już bardzo dawno. Ja po prostu za późno ustawiałam budzik. Wydawało mi się, że 45 minut rano to bardzo dużo czasu i na pewno ze wszystkim zdążę. A wyglądało to tak, że jak tylko budzik zadzwonił to wyskakiwałam z łóżka, szybko się ubierałam, w biegu robiłam śniadanie i w jeszcze większym pędzie je pochłaniałam, tuszując rzęsy w lustrzanym odbiciu drzwiczek mikrofalówki, a następnie wybiegałam z domu. Do pracy docierałam z uczuciem niestrawionych kamieni w żołądku i zastanawiałam się dlaczego ciągle nie mogę się wyrobić.

W momencie, w którym zaczęłam biegać, dotarłam również do wielu informacji na temat korzyści płynących ze zjadania pełnowartościowego śniadania. Co więcej, z ogólnego celebrowania posiłków. To zmusiło mnie do znalezienia swoich błędów żywieniowych. Musiałam zaprzestać jedzenia w pośpiechu, musiałam poświęcić więcej czasu na przygotowanie śniadania w domu, musiałam w końcu przestawić budzik. Pomyślałam: "OK, wstanę 15 minut wcześniej, będę mieć w sumie godzinę do wyjścia, tyle czasu mi wystarczy". A później uświadomiłam sobie,  że nic się nie stanie, jeśli wstanę jeszcze wcześniej, bo właśnie zawsze przed wyjściem do pracy mam milion rzeczy do zrobienia. I tak się stało, że od dłuższego już czasu, pod warunkiem, że rano nie idę biegać, wstaję około 1 godzinę i 15 minut przed wyjściem z domu do pracy. W spokoju przygotowuję siebie i swoje pierwsze oraz drugie śniadanie. W tym właśnie odnajduję przyjemność. W celebracji poranków. 




Moje najczęstsze śniadanie to omlet w płatkami owsianymi lub ze szpinakiem, do tego kawa z mlekiem. Alternatywą dla takiego śniadania jest owsianka na mleku kokosowym, migdałowym, ryżowy, z ulubionymi borówkami, malinami lub bananem oraz jagodami goji czy rodzynkami. Po zjedzeniu śniadania chwilę odpoczywam, a później maluję się do pracy. Nakładam krem, ostatnio używam hialuronowego Sorai oraz BB Garniera, tusz do rzęs, róż na policzki, szminka lub błyszczyk na usta. Gdy tylko mogę, maluję paznokcie, ostatnio moim ulubieńcem jest nr 220 Cafe Au Lait Sally Hansen. Tylko czasami podkreślam oczy czarną kredką, raczej zdarza mi się to na wieczorne wyjścia, niż w ciągu dnia. I to są właśnie moje ukochane poranki. Godzina z całego dnia, godzina tylko dla mnie.




Pewnie jeszcze nie raz porozmawiam z Wami o tych moich porankach, ponieważ mają one dla mnie szczególne znaczenie. Mówi się, że ludzi dzieli się na sowy, czyli tych, którzy lepiej funkcjonują wieczorami lub w nocy oraz skowronki, czyli tych, którzy szczególnie lubią poranki. Ja zdecydowanie jestem rannym ptaszkiem. Rano mogę wszystko, lepiej myślę, bo jestem skupiona, szybciej biegam, bo mam dużo energii. To jest moja ulubiona pora dnia i dlatego z tak wielką przyjemnością ją celebruję, do czego i Was zachęcam.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Sekret chwili przyjemności IV: muzyka.




Lubicie ciszę? Ja tak. Ale tylko wtedy, gdy muszę pomyśleć i coś sobie poukładać. Cisza w moim rozumieniu ma jednak znaczenie pozorne. Bo chyba tylko w zupełnej próżni jest naprawdę cicho. Nawet wtedy, gdy wyłączam wszystkie odbiorniki, a w domu robi się ciszej, z zewnątrz słychać odgłosy ulicy, jeżdżące samochody, stukot obcasów, "rozmowy" mew siedzących na pobliskim murku. 

Całkiem niedawno trafiłam na film pod oryginalnym tytułem "August Rush", w polskim tłumaczeniu "Cudowne dziecko". Jest to historia nastolatka o tak zwanym słuchu absolutnym. Rodzicami chłopca byli muzycy, a on odziedziczył po nich talent. Romans muzyków, z którego zrodziło się cudowne dziecko jest dość banalny, jak na współczesny świat, ale historia Augusta, świetna! Nie to jest jednak tutaj istotne. W filmie pojawia się taka scena, w której chłopiec błąka się ulicami wielkiego miasta, a zewsząd docierają do niego różne dźwięki, trąbienie aut, pikanie towarzyszące zmianie świateł na skrzyżowaniu, stukot chodu ludzkiego uderzającego o bruk uliczny, szum wody w fontannie, które w jego głowie tworzą całość, przeobrażają się w muzykę... Motyw tego filmu stanowi dziś dla mnie bazę do tematu, który chcę poruszyć. Pragnę porozmawiać dziś z Wami właśnie o muzyce.

Wspominałam już o swoich sekretnych chwilach przyjemności, które stanowią istotne miejsce w mojej codzienności. Wśród nich niebywale ważna jest także muzyka. Każdy dzień zaczynam od włączenia radia.  Nie ma dla mnie aż takiego znaczenia to, czego słucham od rana, ponieważ robię to mimochodem. Mam swoje ulubione stacje radiowe, na pewno jest to ChilliZet czy OpenFm, a na nim kanały Lejdis Cafe i Crema Cafe, ale mogę je odbierać jedynie z telefonu lub komputera. A zatem najczęściej słucham tego, co łapę w radiu - odbiorniku, w Polsce są to: Radio Zet lub RMF Fm, a w UK radio HEART. 

Mam jednak swoich ulubieńców, wokalistów czy zespoły, które od lat kocham i, do których ciągle wracam. Należą do nich: Michael Buble, Amy Winehouse, Beyonce, Jessie Ware, Cesaria Evora, Buena Vista Social Club oraz polska grupa Poluzjanci. Nie oznacza to, że słucham tylko ich, ponieważ jestem otwarta na różnego rodzaju muzykę, wieloma artystami się inspiruję, do wielu dźwięków docieram przekopując internet i youtube. Wspomniani wyżej wykonawcy to ci, których darzę szczególną miłością i w każdej sytuacji mojego życia się sprawdzają.











Jak sami widzicie przekrój jest dość różnorodny, bo właściwie tego właśnie szukam w muzyce. Ona musi odpowiadać mojemu nastrojowi, a jednocześnie dawać mi poczucie, że coś nowego odkrywam. Muzyka jest obecna w moich życiu od zawsze, pewnie za sprawą rodziców. Nie dlatego, że grali czy śpiewali, ale dlatego, że dużo jej słuchali. Ja też na przestrzeni lat inspirowałam się bardzo różnymi gatunkami muzycznymi, począwszy od bardzo lekkich, dancowych brzmień, poprzez hip-hop i ciężką muzykę rockową. Czasem gdzieś do tego wracam. Zauważyłam jednak, że im jestem starsza, tym głębiej gdzieś w tę muzykę wchodzę. Sięgam do jej korzeni. Im mniej w muzyce przetworzonego i podrasowanego elementu, tym lepiej. Uwielbiam doszukiwać się brzmień instrumentów, szczególnie dla latino music. Bo ona jest bardzo rytmiczna, słychać bębny, instrumenty strunowe, akordeon. Lubię, gdy potrafię dostrzec u moich ulubionych artystów zaczerpnięcia z jazzu, soulu, RnB, amerykańskiego swingu. Świetne są również połączenia, w których dwa skrajne gatunki się ścierają. To wszystko w którymś momencie się zgrywa i tworzy całość, ale korzenie są silnie zaznaczone. Kocham, gdy wokalista jest również twórcą muzyki czy tekstu, bo wtedy jest bardziej świadomy swojej twórczości. Słyszeliście na pewno nie raz, wykonania starych piosenek w nowej aranżacji albo w wydaniu symfonicznym. Ciekawe są nawiązania do folku i nie tylko w polskiej twórczości. Dla przykładu Kayah, która nagrała bardzo dobrą płytę z Goranem Bregoviciem, a w 2012 roku wydała świetną Transoriental Orchestra z muzyką żydowską.

Warto jednak zastanowić się co daje nam muzyka. Dlaczego tak dużą rolę odgrywa w naszym życiu. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Jest w tym ogromna prawda. Gdziekolwiek nie trafimy na świecie, w jakimkolwiek towarzystwie się nie znajdziemy, gdzieś muzyka zawsze będzie obecna i będzie łączyć. Dla mnie osobiście najważniejsze jest jednak to, że towarzyszy mi prawie zawsze i wszędzie, nawet w trakcie bardzo zabieganego dnia znajduję dla niej czas. I to w niej jest jednocześnie proste i piękne.


P.S. Większość zdjęć to dzisiejszego wpisu pochodzi ze strony Pinterest.





piątek, 5 sierpnia 2016

Sekret chwili przyjemności III: książki


Jakiś czas temu pisałam na blogu o swoich małych przyjemnościach, które umilają mi każdy dzień. Wspominałam tam o codziennej kawie i ciastku. Tak, tak. Od lat jestem temu wierna. Uwielbiam moment, gdy wracam do domu, mogę chwilę odsapnąć, napić się pysznej kawy i zjeść coś słodkiego. To taki mój mały rytuał. Druga rzecz, mój mały umilacz codzienności, to przebywanie na świeżym powietrzu. Nie wymaga jakiegoś specjalnego zaangażowania, bo nawet idąc do pracy, choć przez kilkanaście lub kilkadziesiąt minut, jestem na dworze i oddycham świeżym powietrzem lub cieszę się pięknem natury. Tak po prostu. 
Dziś przyszedł czas na trzecią rzecz, bez której nie wyobrażam sobie dnia. Trudno powiedzieć, że jest to mały umilacz. Powiedziałabym raczej, że książki są moją wielką miłością.



Długo zastanawiałam się jak zacząć wpis, w którym opowiem Wam o swojej wielkiej pasji, o miłości do książek, o jedynym i największym zainteresowaniu, o czymś, czemu jestem wierna od lat! Może zacznę tak... 

Uwielbiam ten moment, gdy do moich rąk trafia nowa książka. Najpierw ją oglądam, dotykam okładkę, a później otwieram i wącham. Cudowne jest to uczucie, gdy w nowiutkiej książce czuję jeszcze zapach drukarni. Wyobrażam sobie jak długą drogę musiała przejść, zanim trafiła do moich rąk. Najpierw jakiś pisarz, na swoim stanowisku pracy, przy ulubionym biurku lub drewnianym stole, w towarzystwie lampki wina lub papierosa, wieczorami, gdy wszyscy domownicy już spali, tworzył to dzieło. A może było inaczej? Właściwie mógł pisać wtedy, gdy był na wakacjach, na tarasie swojego pokoju hotelowego. A może mój artysta miał natchnienie, gdy wyjechał do swojego domu w górach, wśród drewnianych ścian, ze śniegiem za oknem, z kubkiem gorącej herbaty...ach! Koncepcji jest wiele, jedna goni drugą, a ja przenoszę się z książką do drukarni, gdzie miliony zadrukowanych kart sklejają się na jedną pozycję, później trafiają do magazynów, księgarni, a w ostateczności do rąk czytelników. I znów historia się powtarza. Jeden z nas, czytelników, zabiera książkę do autobusu i czyta ją w drodze do pracy. Drugi ucieka ze swoją lekturą na wakacje i na leżaku, pośród białego piasku, wyciszony szumem morskich fal, zatapia się w historii podróżnika, który z aparatem i notesem w ręku przemierza świat. Jeszcze inny, pod kocem, gdy za oknem szaleją wiatr, śnieg i deszcz, z wypiekami na twarzy, śledzi akcję najnowszego kryminału.

Tak właśnie jest ze mną. Książka jeździ ze mną zawsze i wszędzie. Ona jest moim towarzyszem dnia codziennego. Nie wyobrażam sobie życia bez książki. Jedni spędzają czas przeglądając strony internetowe, drudzy oglądając telewizję, grają na xboxie, a ja czytam książki. Nawet, gdy jestem bardzo zmęczona,  na dobry sen, muszę przeczytać chociaż kilka stron. 

Wybieram je inspirując się zdaniem wielu osób, może kiedyś znajdę czas by przygotować dla Was takie zestawienie, w każdym razie wybór pozycji do czytania nie jest przypadkowy. Lubię kupować książki z księgarni stacjonarnej, gdzie idę i wybieram spośród tego, co jest dostępne na półkach, zdarza mi się to. Jednak zdecydowanie częściej korzystam z księgarniach internetowych, wysyłkowych. Wykorzystuję różnego rodzaju promocje, wyprzedaże, rabaty dokonując zakupu kilku pozycji na raz. Nawet będąc poza granicami kraju, tak jak teraz w UK.

Staram się, w danym okresie, czytać książki bliskie tematycznie. Teraz na przykład, z racji prowadzenia bloga, czytam głównie to, co interesujące w modzie, o jej początkach i o tym jak nie dać się zwariować zbytniemu jej wpływowi. Lubię książki psychologiczne, kryminalne, podróżnicze. Wszystko to, co inspiruje mnie do kreatywnego myślenia. No właśnie, jak to z tymi książkami jest...



 Żeby zachęcić kogoś do czytania wato odpowiedzieć sobie szczerze: co mi to daje?
Książka to dla mnie pewnego rodzaju ucieczka. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i lubi przebywać pośród ludzi. Zrozumiała rzecz, też tak mam. Jednak mam również takie momenty, w których lubię być sama. Takie chwile refleksji przychodzą wraz z bieganiem. Jednak gdy chcę już uciec od gonitwy myśli, zagłębiam się w lekturze. Oddaję się temu, co kryje treść i przez jakiś czas trwamy ze sobą ja i moja książka. Myśli, od których uciekłam, wtedy właśnie same się układają.

Wiele osób mówi mi, że mam bogate słownictwo. To prawda. Wysławiam się również poprawnie. Widzę to nie tylko podczas rozmowy z drugim człowiekiem, ale także podczas pisania, chociażby tego bloga.

Znacie to uczucie, gdy zrobicie coś dobrego i czujecie się bogatsi o nowe wartości? Ja to uczucie znam właśnie dzięki książkom. Gdy biegam czuję, że robię wiele dobrego dla swojego ciała. Gdy czytam wzbogacam swój umysł i duszę. 



Bardzo smutne są statystyki, które mówią, że coraz mnie Polaków czyta. Tym bardziej cieszę się, że należę do mniejszości. Czuję się wyróżniona faktem, iż stanowię części grupy intelektualnej naszego pięknego kraju. Chciałabym, żeby ten post promował czytelnictwo, nie wiem jednak czy tak się stanie. Dlatego jeśli trafiłeś na mojego bloga i przeczytałeś ten wpis to ja już się cieszę. Daj mi jednak szanse na więcej. Sięgnij po chociaż jedną książkę. Niekoniecznie szkolną lekturę. Może to być coś z beletrystyki, z 10 gorących czytelniczych hitów Empiku lub może coś Paulo Coelho albo Beaty Pawlikowskiej. A może zachęci Cię jakaś okładka albo tytuł? Zabierz się za coś, co może chwycić. I nie mówię tego jak polonistka. Zachęcam Cię jako ktoś, kto kiedyś też dał szansę wciągającej książce i się nie rozczarował. Namawiam Cię jako osoba, która kocha życie i chce wielu rzeczy w tym życiu próbować. Nawet jeśli to coś ma 200 stron. Jeśli choć jedna osoba sięgnie po książkę po przeczytaniu tego artykułu to uznam to za swój sukces.

P.S. Zobaczcie przesłanie poniżej. E.