piątek, 30 września 2016

French Chic

Ze sformułowaniem French Chic spotkaliście się na pewno nie raz. Od jakiegoś czasu jest ono szczególnie modne i sami zastanawialiście się pewnie co pod tym sformułowaniem dokładnie się kryje. Myślę, że jeden wpis to za mało, żeby wyjaśnić złożoność tego pojęcia, tym bardziej (!), że nie dotyczy on tylko mody.

Powiem szczerze, że nie chciałabym być laikiem w tym temacie. Szczególnie jeśli mam na uwadze właściwy rozwój tego bloga, to po pierwsze. Po drugie fakt, że ci, którzy mnie znają wiedzą, iż wypowiadając się na jakiś temat, staram się być do tego przygotowana na 100 %. No i po trzecie, że moda zawsze była, jest i będzie obecna na szczególnym miejscu w moim życiu.
A zatem sformułowanie French Chic weszło do słownika modowego, ale przeniosło się na pola kulturalno - obyczajowe definiując sposób ubierania i ogólnie życia Francuzek. Przyznam się, że pierwszy raz, przynajmniej tak świadomie, spotkałam się z nim czytając książkę Jennifer L. Scott "Lekcje stylu Madame Chic". To właśnie dzięki tej pozycji zaczęłam poszukiwania i zagłębianie wiedzy na ten temat. 
Wtedy właśnie stwierdziłam, że muszę uciec się do źródła niezawodnego i sięgnęłam po kilka pozycji lekturowych, oto one:
  1. "Lekcje stylu Madame Chic" Jennifer L. Scott
  2. "Szkoła wdzięku Madame Chic" Jennifer L. Scott
  3. "Księga stylu Coco Chanel" Karen Karbo
  4. "Bądź chic" Emilie Albertini & Anne Humbert
  5. "Francuzki nie potrzebują liftingu" Mireille Guiliano
  6. "Zawsze szykowna" Tish Jett


I muszę się Wam przyznać, że kolejne książki czekały w kolejce, ale powiedziałam stop. Bo po kolejnych lekturach przekonywałam się po prostu, że niewiele nowego wnoszą, a tylko w jakiś sposób wpasowują się w tę układankę pod hasłem French Chic. Lektury te pomogły mi jednak stworzyć pewną bazę zagadnień i krótko zdefiniować o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Zanim przejdę do sedna sprawy to muszę odnieść się najpierw do historii.

Jak byście przetłumaczyli słowa French Chic? Czy sformułowania francuzki styl, klasa czy francuzki wdzięk spełniają nasze oczekiwania i wyczerpuje możliwości interpretacyjne? Moim zdaniem nie. Ze słowem French nie ma oczywiście problemu. Trudno jednak znaleźć jedno słowo, które w zupełności będzie odpowiednikiem dla chic. Podobnie jak nie wszystkie słowa z języka polskiego da się zastąpić słowami w innych językach, tak samo jest z językiem angielskim czy francuskim właśnie. A zatem, moim zdaniem, nie należy tego określenia jakoś specjalnie tłumaczyć i doszukiwać się powiązań do niego w innych słownikach.

Warto jednak zrozumieć skąd ono się wzięło. Ja bym tego początku upatrywała w postaci i stylu Coco Chanel. Postać znana Wam jest na pewno doskonale. Nawet jeśli nie mieliście szansy bliżej przyjrzeć się jej jako kobiecie, Francuzce czy projektantce to na pewno słyszeliście o niej nie raz. Chociażby z racji ubrań, akcesoriów czy perfum sygnowanych tym nazwiskiem. Ja szczególnie polecam Wam książkę o Chanel, jej tytuł podałam wyżej. Bo nie jest to bajka obrazująca postać słynnej Francuzki w najjaśniejszym świetle jej modowych poczynań. Książka jest kawałkiem najszczerszej historii projektantki, która przyszła na świat jako jedna z licznego rodzeństwa pod nazwiskiem Gabrielle Bonheur Chanel, wychowywana przez siostry zakonne stanęła przed wyzwaniem, które wymagało nie lada odwagi. Jednak ona naprawdę niczego się nie bała, do tego stopnia, że umiała nawet zrewolucjonizować pogląd na modę i zaszczepić w kobietach elementy swojej nowoczesności i odwagi. Alternatywą dla książki jest również film Anne Fontaine z 2009 roku pod tytułem "Coco Chanel". I choć nie należy on do wybitnych, poza dobrą rolą Audrey Tautou, to w dużym stopniu obrazuje poczynania młodej Gabrielle. Myślę, że twórczyni filmu zależało na pokazaniu sposobu na przekroczenie przez bohaterkę progu sławy, który odmienił na zawsze jej życie. A to właśnie nie do końca się udało. Odmienność poglądów i uparty charakter Chanel został tu jedynie muśnięty. Bo jeśli potrafiła postawić na swoim zamieszkując u obcego mężczyzny tylko dlatego, że nie miała się gdzie podziać, to na co jeszcze było ją stać? Tego z produkcji się nie dowiadujemy niestety, ale możemy sobie dopowiedzieć patrząc na sukces, który osiągnęła. Nie chciałabym jednak, żebyście pomyśleli, że to Coco stworzyła French Chic. Jej działania i rewolucja, którą przeprowadziła to wstęp do tego, co później, na przestrzeni lat wypracowały i wywalczyły Francuzki i z czego czerpiemy albo uczymy się dziś.




Co Francuzki wypracowały i czego zazdroszczą im kobiety na całym świecie, czyli co składa się na French Chic. Czas przejść do sedna sprawy.

Francuzkie kobiety:

  1. dbają o siebie przez całe życie. Od najmłodszych lat uczone są przez babcie i mamy jak prawdziwa kobieta pielęgnuje skórę swojego ciała i twarzy i do późnej starości nie zaprzestają tych działań, a jedynie je unowocześniają.
  2. Stosują produkty sprawdzone, w większości naturalne. Po co wydawać pieniądze na drogie kosmetyki jeszcze droższych marek? Nie lepiej po prostu zainwestować w produkty pochodzenia naturalnego? Wszelkiego rodzaju olejki, zioła, owoce, przyprawy to prawdziwe źródło zdrowia i urody.
  3. Nie chcą oszczędzać na swojej urodzie i zdrowiu, dlatego z rozwagą korzystają z zabiegów kosmetycznych czy pomocy dobrych specjalistów. Nie chodzi jednak o to, by z przesadą aplikować botoks jako źródło młodości, ale o to by radzić się DOBREGO dermatologa, który tę młodość pomoże przedłużyć.
  4. Ćwiczą, ale niemorderczo. Dla nich nie jest istotne, by mieć super wyrzeźbione ciało, ale delikatnie zarysowana smukłość. Owszem, Francuzki korzystają z siłowni, basenu, roweru, ale wszystko odbywa się z umiarem. One raczej starają się żyć aktywnie, dużo się ruszać, na przykład idąc do pracy, na zakupy czy wchodząc chociażby po schodach, niż specjalnie katować się ciężarami i morderczymi treningami. 
  5. W zestawie z aktywnym trybem życia idzie oczywiście racjonalne odżywianie. Francuzi duży nacisk kładą na to, co jedzą. Zdecydowanie większe znaczenie ma jakość, niż ilość. Uwielbiają warzywa, owoce, owoce morza i ryby, mięso. 
  6. Posiadają niezawodną garderobę. Francuzkie kobiety kompletują swoją garderobę latami. Szukają produktów odpowiednich pod względem jakości i wykonania. Dobierają według swojej kolorystyki. Nie podążają za trendami, zdecydowanie wolą produkty ponadczasowe. Co więcej, pojedyncze ubrania stanowią dla nich bazę, z której niczym malarz z palety, dobierają zestawy.
  7. Interesują się wszystkim. Nie tylko modą i urodą, jak mówi powszechna opinia. Ludzie we Francji kochają sztukę: muzykę, malarstwo, architekturę, fotografię i tak dalej. Jednak znają się również na innych popularnych tematach i sprawach, takich jak polityka czy biznes. W ich rozumieniu istotne jest jednak, by być ostrożnym i taktownym w poruszaniu tych tematów.
  8. Znajdują czas na relaks. Najlepiej, gdy udaje im się połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli na przykład wychodzą na spacer, jest relaks i aktywność, idą do galerii sztuki, jest relaks, aktywność i nauka. O to właśnie chodzi, by nie robić czegoś z przymusu, tylko by życie stanowiło jedną wielką spójność.
  9. Szczególnie, gdy może to dotyczyć również pracy. Bo Francuzom nie chodzi o pracę samą w sobie. Ona musi w jakiś sposób ich pociągać, czymś do siebie zachęcać, muszą upatrywać w niej plusów. Idealne połączenie stanowi praca i pasja, a dokładniej gdy praca staje się pasją, bez przesady oczywiście!
  10. I ostatni punkt stanowi życie z pasją. Francuzi są narodem, który żyje z ogromną pasją. Oni nie mają potrzeby posiadania rzeczy zbędnych, tylko takich, które są im potrzebne do życia. Nie jedzą po to, żeby się najeść do syta, ale po to, żeby cieszyć się jedzeniem, móc zasiąść przy stole, z rodziną, prowadzić rozmowę i tak dalej. Nimi nie rządzi konsumpcjonizm, a jedynie potrzeba chwili, pragnienie życia, czerpania z niego garściami. Przecież w życiu nie chodzi o to, żeby je przeżyć, tylko żeby nim żyć, z całych sił, w pełni! C`est la vie!

poniedziałek, 26 września 2016

Jak znaleźć swój styl?



Powiem szczerze, że na dzień, w którym opublikuję wpis o tej tematyce, czekałam bardzo długo. Może właściwie od momentu założenia bloga? Bo właśnie wtedy, w moim pierwszym poście, zarzekałam się, że French Chic to zdecydowanie moja bajka. Ach, jak ja mało o tym wtedy wiedziałam...




Każdy z nas był nastolatkiem, bardziej lub mniej łagodnie, przechodził przez okres buntu i poszukiwania. Tak to już chyba jest, że szukając siebie, swojego stylu i sposobu na wyrażenie swojego ja, popełniamy błędy, eksperymentujemy, potykamy się i podnosimy. Pamiętam, jak w podstawówce umiłowałam sobie duże i szerokie koszulki i sportowe buty. T-shirty kupowałam wtedy najczęściej w Big Starze, spodnie z metką Rodi, a buty Vans. W takich ciuchach było mi najwygodniej. Poza tym, tego typu ubrania, maskowały moje dziewczęco - kobiece kształty, a to był okres, w którym szczególnie na takim kamuflażu mi zależało. Wynikało to też pewnie z faktu, że wtedy jednak mocniej inspirowałam się muzyką hip-hopową, a później ostrzejszą, rockową, co  z czasem przeważyło również na wyborze stonowanych kolorów ubrań. Gdy chodziłam do liceum i na studia Polską zawładnęły sieciówki i napływ odzież z Chin. Pamiętam, jak z koleżankam, pracowałyśmy w okresie wakacji, a później za zarobione pieniądze, robiłyśmy sobie wyprawy do Łodzi lub Warszawy, do dużych centrów handlowych, by obkupić się w najnowsze trendy. To były czasy! I choć dziś pewnie nie założyłabym niczego z zakupionych wtedy ubrań, to nie żałuję tamtych doświadczeń, dlatego że:  
  1. uczyłam się dobrego zarządzania swoimi wydatkami
  2. z tamtej nauki wyrosło moje umiłowanie do mody 
  3. przez lata przefiltrowałam sklepy i marki; dziś już wiem, do których warto się udać, a do których nie albo przynajmniej wiem na co zwrócić uwagę dokonując zakupów i jak odkrywać nowe i dobre marki
  4. co jak co, ale muszę przyznać, że zawsze stawiałam na produkty lepszej jakości, chociaż tyle dobrego!
  5. najważniejsze - wyklarował się mój styl.
Dlatego łatwiej by było, gdyby ktoś podał nam wytyczne aby tego typu błędów uniknąć. Czy jednak jest to w ogóle możliwe? Na pewno. Tak dzieje się właśnie we Francji, gdzie dziewczynki od swoich mam i babć uczą się dobrego stylu. My, Polki, czasem jednak jeszcze za dużo i nieostrożnie eksperymentujemy, a czasem jesteśmy po prostu za skromne. Wydaje nam się, że produkty dobre jakościowo zawsze są drogie, to błędne myślenie. 

Na szczęście, gdy ceny w sieciówkach stały się dość przystępne, a ogólnie tego typu sklepów jest więcej (są nawet w małych miastach!), to zaczęłyśmy częściej je odwiedzać. Moda, dzięki blogom, prasie i zakupom internetowym, "weszła" do wszystkich domów. To duże ułatwienie.


Myślę jednak, że w myśl zasady mniej znaczy więcej warto postawić na minimalizm. Wybrać bazę trzech - pięciu ulubionych kolorów, co więcej, kolorów, które do siebie pasują i  na ich podstawie budować swoją szafę. Warto zacząć od myślenia na ten temat, czy na pewno nie mamy sobie nic do zarzucenia w kwestii mody, czy wiemy już wszystko na ten temat? Czy w naszych garderobach wszystko do siebie pasuje i współgra ze sobą? Zorientujmy się i poczyńmy porządki, tak podpowiadają tytuły postów i artykułów w prasie. A Ty znów z irytacją spoglądasz na swoją szafę i myślisz, że szkoda Ci jest wyrzucić tę żółtą sukienkę, mimo że masz ją 10 lat i już od pięciu jej nie zakładałaś, ale może schudniesz, a przecież na wakacje będzie jak znalazł. Nie martw się, to przyjdzie z czasem. Wiem co mówię. Co jakiś czas otwieram swoją szafę i wyrzucam z niej wszystko, co już mi się nie podoba, czego nie noszę, nie lubię, co nie pasuje. Chciałabym zrewolucjonizować swoje życie na wielu jego poziomach, ale nie potrafię tego zrobić już, dlatego robię to etapami. 

Co więcej, nie chodzi tylko o to, by takich zmian dokonać w ubraniach, butach czy akcesoriach. To musi dotyczyć całego życia. Jeśli z natury jesteś bałaganiarą i żyjesz w pędzie to za nic nie zdołasz uporządkować szafy. Albo nawet jeśli to zrobisz to na krótko. Spokojnie podejdź do wszystkiego, zastanów się co Ci przeszkadza, czego masz dość i notuj to. Najlepiej w telefonie gdy jedziesz autobusem do pracy lub w notatniku, który leży na blacie. Bądź ze sobą szczera, to postawa!




Pamiętacie książkę "Slow life", która polecałam Wam jakiś czas temu? Ona dała mi bardzo dużo do myślenia i ona właśnie skłoniła mnie do zapisywania wielu rzeczy. Zmiany, porządkowanie i układanie są w mojej naturze. Jednak muszę przyznać, że z wiekiem dopiero pewne decyzje przyszły mi łatwiej. Bo w moim przypadku to był właśnie ten moment. Dodatkowo książka, jakieś inne poradniki i wszystko układa się w całość. 

Wiem, że w moim przypadku to jeszcze nie koniec poszukiwań i budowania, ale wiem też na czym bazuję i, że w dobrą stronę zmierzam. Prostym przykładem jest również ten blog. Tworzę go konsekwentnie. Zamieszczam tu tylko to, co cenne. Przesiewam, wybieram najważniejsze, odrzucam to, co niepotrzebne i w ten sposób staram się podawać Wam jedynie te najbardziej wartościowe rzeczy. 

Ten wpis stanowi zapowiedź tego, co zamieszczę w kilku najbliższych postach. Stworzyłam zakładkę moje inspiracje, do której będę wrzucać informacje o tym, na czym ja bazuję, tworząc swój styl. Tak, jak wspomniałam, nie chodzi jedynie o odzież i dodatki, ale o wszystko, z czego czerpię inspiracje. Zresztą sami się przekonacie. Póki co taki wpis tytułem wstępu. Dziś też zdradzę Wam, że kolejne wpisy będą dotyczyły French Chic, jak go odnaleźć i w czym szukać. Zapraszam, może razem uda nam się coś wypracować.

A zatem jak znaleźć swój styl? Właściwie nie szukajcie go. To samo przyjdzie, po prostu bacznie obserwujcie i słuchajcie siebie.




czwartek, 22 września 2016

Best friend

Jest wtorkowy wieczór, siedzę w domu przed laptopem i na czwartek przygotowuję ten wpis. Co prawda miał się tutaj pojawić zupełnie inny post, ale wydarzenia ostatnich dni skłoniły mnie do nakreślenia kilku słów na temat przyjaźni. We wstępie chciałabym zapytać czy uważacie, że we współczesnym świecie jest w ogóle miejsce dla przyjaźni? Jaka jest definicja tej dzisiejszej przyjaźni? Upływające lata i dokonujące się na ich przestrzeni zmiany kulturowo - obyczajowe powodują, że jednak przewrócił się także nasz sposób myślenia i postrzegania wielu spraw, w tym między innymi relacji międzyludzkich. Na ten temat szerzej mogliby wypowiedzieć się socjolodzy, a ja chciałabym jedynie nakreślić krótką refleksję na ten temat, z mojego punktu widzenia.

Uważam, że dziś przyjaźń oznacza coś zupełnie innego, niż jeszcze nawet kilka lat temu. Pamiętacie książkę "Dzieci z Bullerbyn"? Ja czytałam tę pozycję z wypiekami na twarzy jako lekturę obowiązkową w podstawówce i wtedy też wyobrażałam sobie, że mogę z moimi koleżankami i kolegami z dzieciństwa tworzyć taką zgraną paczkę. To właśnie w takich relacjach miała mieć swój początek prawdziwa przyjaźń. Bo wspomnienia i przeżycia budują nas i ujednolicają, klarują nasze poglądy i oczekiwania, kierunkują nas. Przychodzi jednak czas na zmianę szkoły i otoczenia, później studia i często wyprowadzka do innego, dużego miasta. Nowi ludzie i odmienne od poprzednich poglądy. Coś przestaje się zgadzać. Wracasz w rodzinne stroni, tamci ludzie tam wciąż są. Co więcej, są tacy, jak byli, tylko Ty taki niedopasowany, wyzwolony, poza nimi. Czy to oznacza, że Wasza przyjaźń już nie istnieje? A może po prostu uczysz się z nimi być w tej nowej sytuacji. Pokazujesz im swój świat, a oni Cię słuchają i opowiadają Ci o swojej rzeczywistości. Uczycie się siebie na nowo lub po raz kolejny. Bo w prawdziwej przyjaźni chodzi o to właśnie, że ludzie mogą się zmieniać, odchodzi i wracać, ale Wasza więź pozostanie. 


Co jednak buduje tę czystą i klarowną relację? Myślę, że ogromną jej częścią jest zaufanie. Ile rzeczy nie wydarzy się w Waszym życiu, ilu poglądów nie wymienicie, ile głupstw nie popełnicie, to wszystko zostanie między Wami. Tak właśnie dzieje się w prawdziwej relacji. I ktoś mógłby próbować niszczyć tę więź, ale Wy musicie być siebie pewni. Nie pozwolicie nikomu na zepsucie tego. Część znajomych się wymieni, odejdą i przyjdą Wasi partnerzy, pojawią się dzieci, nowe prace, obowiązki, domy, oczekiwania, ale nic nie pozwoli zepsuć tej istotnej więzi.

Na przyjacielu zawsze możesz polegać, choćby nie wiem co!  O godzinie 14, gdy jest w pracy czy o 2 w nocy, gdy śpi. Twój świat się wali i rozpada na kawałki, ale najbliższa Ci osoba będzie zawsze przy Tobie. To nic, że rano czeka ją ważny projekt i będzie niewyspana. Dla przyjaźni wszystko inne nie ma znaczenia.Nawet jeśli nasza druga połowa jest tym zaskoczona albo ma na ten temat inne zdanie, to my zrobimy wszystko dla przyjaciela.


W takiej relacji nie ma miejsca na kłamstwo. Twój powiernik zawsze będzie z Tobą szczery, nawet jeśli ta prawda będzie Cię boleć. I nie chodzi o to, by Cię skrzywdzić, ale o to, byś obiektywnie spojrzał na zdarzenie, które miało miejsce czy na sytuację, której nie potrafisz ocenić lub podchodzisz do niej zbyt uczuciowo. Jeśli bowiem kierują Tobą sentymenty to nie potrafisz być bezstronny. To jest rola dla Twojego przyjaciela. Wasze zdania mogą być różne, ale i tak powinieneś go wysłuchać, on otwiera Ci oczy. Wysłuchaj go chociażby po to, żeby zacząć o tym myśleć na nowo.

Przyjaciel zawsze stoi po Twojej stronie. Nabroiłeś, wyrządziłeś komuś krzywdę, otoczenie Cię osądza. Sam źle czujesz się z tym, co się wydarzyło.  Nie tak planowałeś, nie tak miało być. Coś poszło nie po Twojej myśli i nie wiesz jak to naprawić. Przyjaciel nie jest od tego, by Ciebie osądzić lub powiedzieć co masz dalej z tym zrobić. On tylko wysłucha i doradzi. Zrobi to obiektywnie. Może powiedzieć jak sam by się zachował, ale nie powie co Ty masz zrobić. Nigdy nie będzie przeciwko Tobie. Może potwierdzić, że nie miałeś racji, ale mimo wszystko jest po Twojej stronie chociażby tylko dlatego, że jest przyjacielem.



On jest bezinteresowny i kocha ponad wszystko. Wiele w ciągu Waszego życia się wydarzy, czasem coś zyskasz, innym razem stracisz, bardzo dużo się zmieni, ale miłość przyjaciela nie. Co więcej, w tym uczuciu on będzie zupełnie bezinteresowny. On bowiem jest jak anioł stróż. Wtedy, gdy wszyscy będą stać do Ciebie plecami, on jeden będzie odwrócony twarzą. Wszyscy wytkną Cię palcami, on jeden weźmie Cię za rękę i poprowadzi w bezpieczne miejsce. Będzie bronił Twojego dobra. Takie uczucia są najcenniejsze, bo nie oczekują niczyjej aprobaty.


Pamiętaj jednak, że o przyjaciela trzeba dbać. On też jest człowiekiem, ma swoje uczucia, lepsze i gorsze momenty. Jeśli dzieli Was dystans lub brak czasu to nie możesz pozwolić na to, by Wasza znajomość na tym traciła. Pielęgnuj przyjaźń tak, jak dbasz o kwiat. Jeśli go podlewasz i nawozisz, wystawiasz na słońce i przesadzasz to on rośnie i kwitnie, jeśli zapominasz o nim i nie troszczysz się o jego dobro to on więdnie i staje się bardzo słaby. Traktuj swojego przyjaciela tak, jak Ty chciałbyś być traktowany.

A teraz odpowiedzcie sobie na pytanie: czy macie to szczęście i posiadacie prawdziwych przyjaciół?

P.S. Wszystkie obrazki pochodzą ze strony Pinterest.

niedziela, 18 września 2016

What is slow life?


Pamiętacie jak pisałam Wam o moich małych chwilach przyjemności? Wyróżniłam pięć rzeczy, z którymi obcowanie każdego dnia ogromnie sprawia mi przyjemność i, które szczególnie na swój sposób celebruję co dzień. Wspominałam Wam też, że to bieganie pomogło mi nauczyć cieszyć się życiem i wieloma przyjemnościami, które z niego płyną. Cieszę się, że udało mi się to odkryć, ale okazuje się, że w tych rozważaniach nie jestem odosobniona.W dobie komputeryzacji i ciągłej pogoni za dobrami materialnymi coraz mniej czasu mamy na to, co tak naprawdę ważne. A to ogromny błąd. Dlatego dziś będę namawiać Was na przestawienie się na opcję slow life.



Nie będę jednak robić tego sama, a posłużę się konkretnym argumentem, to znaczy książką Joanny Glogazy "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć". Tytuł trafiony, jak to się mówi, w punkt. Choć dosłownie tłumaczyć angielskich słów nie możemy, a polskiego odpowiednika na przetłumaczenie tytułu lektury trudno szukać, więc skupię się raczej na koncepcji, w której utrzymana została książka. Slow life nie odnosi się bowiem do wolnego życia. Tak jak mówi podtytuł, zdecydowanie chodzi o to, żeby zwolnić i zacząć żyć. Dosłownie. Być świadomym tego, co dzieje się w naszym życiu i doświadczać tego, co w nim wartościowe, a nie byle jakie. A zatem koncepcja nie opiera się na tym, by życie przeżyć, ale na jakości tego przeżywania. W jaki sposób możemy jednak to zrobić? Przede wszystkim musimy mieć tego świadomość. Masz ją? Domyślam się, że powiesz tak...

Ile razy dziennie siadasz przed komputerem, logujesz się na Facebooku, odświeżasz Instagram czy skrzynkę mailową, przełączasz kanał telewizyjny, bierzesz do ręki chipsa, ciastko, cukierka, podświetlasz ekran telefonu by sprawdzić czy ktoś nie napisał? I chcesz mi powiedzieć, że to wszystko kontrolujesz, że tego potrzebujesz, a może to lubisz? Na pewno nie! A zatem dlaczego to robisz? Dlaczego tracisz czas na rzeczy zbędne? Czemu oddajesz się zajęciom, które nic nie wnoszą do Twojego jakże pięknego i wartościowego życia? Aha. Chcesz mi powiedziesz, że Twoje życie takie nie jest? A zatem dlaczego pozwoliłeś na to, by takim się stało? Może ono po prostu wymknęło Ci się spod kontroli, może nie miałeś na to wpływu, nie wszystko przemyślałeś, nie zaplanowałeś. Ważne, żeby w odpowiednim momencie, być może właśnie teraz, otworzyć oczy i powiedzieć stanowczo stop.



Mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Nie przejmuj się, nie wszystko stracone. Kontroli nad własnym życiem można się nauczyć. Po prostu powinieneś spróbować zacząć żyć świadomie. Musisz tylko zrozumieć czego od siebie i własnego życia oczekujesz. Ja wiem, że w tym wszystkim kryje się po prostu zdobycie umiejętności życia pełnią życia. Chodzi o to, by zrozumieć, że:
  • żyjemy tu i teraz, nie rozpamiętujemy przeszłości i nie wybiegamy zbyt mocno w przyszłość
  • nie rozpaczamy nad pracą czy jej brakiem, tylko robimy to, co lubimy
  • nie narzekamy na nudę czy za dużą ilość zajęć, tylko wybieramy to, co najwartościowsze, to,  co najbardziej nas interesuje
  • umiejętnie "komponujemy" swoje otoczenie, nie chodzi tylko o relacje z ludźmi, ale również o miejsca, w których przebywamy
  • angażujemy się we wszystko całym sercem, na 100 %
  • odkrywamy, uczymy się, zdobywamy, nie przyjmujemy tylko utartych schematów
  • akceptujemy i dbamy o siebie

To tylko pigułka i zapowiedź tego, co znajdziecie w książce. Autorka w bardzo rzeczowy i trafny sposób pomaga nam poukładać swoje życie na nowo. Z pomocą podręcznika i ćwiczeń, które on zawiera porządkujemy swoją codzienność. Wybieramy to, co najbardziej wartościowe, zaczynając od priorytetów w postaci pracy i zobowiązań, przez pasje i czas wolny. Uczymy się gospodarować swoim czasem. Poszukujemy właściwych rozwiązań, odkrywamy nowe możliwości. Nie chodzi o to, by stać się niewolnikiem kalendarza i zegarka, ale o to, by one stały się naszymi pomocnikami. 

Chciałabym namówić Was do przeczytania tej książki, jeśli tylko czujecie, że w Waszym życiu nie wszystko układa się tak, jak powinno. Być może na którejś płaszczyźnie Waszego życia czegoś brakuje albo czegoś jest za dużo? Nie bójcie się skorzystać z porad osoby, która wie, o czym mówi, ponieważ sama miała z tym problem. Mam nadzieję, że ona zainspiruje Was do działania. U mnie tak było. I mimo, że od pewnego czasu organizuję się już dużo lepiej to jednak skorzystałam z wiedzy Joanny Glogazy i zdecydowanie wybieram układ slow life.


środa, 14 września 2016

Stylizacja: V jak Victory




Bieganie jest moją wielką miłością, do której wracam z mniejszym bądź większym zaangażowaniem. Ostatnie dni, powrót do szkoły i ciągłe zabieganie spowodowały, że trochę odpuściłam jogging na rzecz fitnessu. Ciężko mi się zebrać, żeby iść pobiegać, zwłaszcza gdy wieje albo gdy wracam do domu zmęczona po całym dniu. Cieszę się jednak, że potrafię chociaż zmobilizować się, by rano, o godzinę wcześniej wstać i ćwiczyć. Bo tak to już ze sportem, że on jest nam wierny, a my mu nie do zawsze. 

Czemu Wam o tym piszę? Ponieważ wiem, że dla każdego sportowca przychodzi moment, w którym troszkę zwalnia, ale nie warto się temu sprzeciwiać. Warto za to w jakiś sprytny sposób siebie do sportu zachęcić, na przykład nagrodzić się :) Tak, prezenty! To jest to, co tygryski lubią najbardziej. I z tej opcji skorzystałam również ja.



Z wiekiem staję się coraz bardziej wybredna i coraz mniej rzeczy mi się podoba. Dlatego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że uwielbiam najnowszą kolekcję sportową H&M zatytułowaną Victory. Po pierwsze dlatego, że królują w niej moje kolory, czyli czarny, szary i złoty. Jeszcze bordowy, ale nie zdecydowałam się na nic w tym kolorze. Po drugie, kolekcja jest bardzo prosta, bez przepychu. Większość odzieży sportowej uszyta jest albo z bardzo jaskrawych kolorów, albo dużo na niej wzorów. Nie lubię takich rozwiązań. Co prawda sama mam pojedyncze sportowe rzeczy w wyrazistych barwach, ale nie uwielbiam ich. Staram się jedynie wkomponowywać je delikatnie w inne moje sportowe zestawy. Z ciuchami z kolekcji H&M nie muszę jednak jakoś szczególnie się o to starać, ponieważ one same w sobie są super. No i trzecia rzecz, cena. Całkiem przystępna jak na odzież sportową. Pomijam oczywiście fakt komfortu czy jakości wykonania, choć one także są bez zarzutu. Motyw napisów, liter czy cyfr, to detal jak najbardziej w moim guście. No i nazwa, Victory. Coś dla prawdziwych zwycięzców, dla sportowców, którzy nigdy się nie poddają.





sobota, 10 września 2016

Kogut - Wołomin

Anioły stąpają po Ziemi. Odkąd zaczęłam dopuszczać myśli, że one istnieją, zaczęłam je również zauważać. Nie wiem jak wyglądają te pozaziemskie, ale spotkałam parę tych, które obcują wśród nas, wśród ludzi, które... właściwie są jednymi z nas. Mogą być młode albo starsze, mogą być kobietą albo mężczyzną, to bez znaczenia. Nie zawsze są bez zarzutu. W moim odczuciu mają coś udowodnić albo coś pokazać swoją postawą. W myśl książki, o której poprzednio Wam pisałam, to tacy żółci Alberta Espinozy. Ja nazywam ich Aniołami. O jednym z nich opowiem Wam dzisiaj. Ma 17 lat, 162 cm wzrostu i słucha hip-hopu.



Ola Kogut pochodzi z Wołomina. Do Edynburga musiała przenieść się wraz z początkiem poprzedniego roku szkolnego, gdyż tutaj mieszka i pracuje jej mama. My poznałyśmy się w collegu, ponieważ obie trafiłyśmy na kurs języka angielskiego. Przypadek? Chyba nie!

Dni spędzone collegu to nie tylko nauka. Zdecydowanie fajniejsze są momenty, w których mogliśmy śpiewać, żartować i się wygłupiać. Było też miejsce na poważne rozmowy dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. A w tle tęsknota za kochanym krajem i wszystkim tym, co tam zostało, tym co mamy najcenniejsze. W głowie cel, by tam wrócić. Przenosisz się do obcego kraju i musisz żyć według zasad tu obowiązujących. Masz miękkie serce? To musisz mieć twardy tyłek. Albo izolujesz się od ludzi, wtedy nie ma znaczenie ich zdanie. Żyjesz sam ze swymi marzeniami i jakoś próbujesz się w tę obcą rzeczywistość wkomponować. Tak na styk, byle przetrwać. Wciąż jednak kłócisz się sam ze sobą. Bo TAM jest zima, ferie i wszyscy szaleją na śniegu. TAM przyszła wiosna i wszyscy siedzą na trzepaku przy bloku. Bo TAM jest lato i koniec roku szkolnego, pierwsze ogniska, wyjazdy, imprezy i w końcu oddech, bo TAM jestem już ja. I teraz czuję, że jestem jedną z nich, znów jestem częścią mojego składu:

mijam te bloki i uśmiech znowu gości
jedno miejsce na tej Ziemi, gdzie też liczą się wartości
obiecuje, że dam sobie radę
tylko zostaw mnie tu z wiarą i z moim składem.

Tak śpiewa w swojej piosence, która stała się kartą przetargową w walce o powrót do Wołomina. Bo w jaki sposób możesz wyrazić siebie, gdy wprost już nie masz siły mówić, gdy mówienie nie przynosi rezultatów? Szukasz sposobu, który najlepiej Cię definiuje. Słuchając muzyki, pozwalasz jej przenikać do Twojego serca, rozumu, w Twoich żyłach z krwią zaczyna płynąć muzyka. Ona Ciebie wyraża, a Ty przez nią wyrażasz siebie. Czy musisz być muzykiem wykształconym, praktykującym na instrumencie? Nie. Możesz być nastolatkiem mieszkającym w bloku i wychowującym się na hip-hopie. Ale nie musisz jednocześnie być łobuzem i mieć ze wszystkimi na bakier. Możesz być mądrą i rozsądną młodą kobietą, która wie, co w życiu ważne. I w rymowanym tekście najlepiej wyraża siebie:

Mamo, przepraszam, że jestem tak uparta
nie chcę biegać za hajsem, przyjaźń jest więcej warta
może kiedyś zadzwonię i przyznam trochę racji
ale ten, kto nie walczy, nie ma żadnej satysfakcji.

Świat skonstruowany jest w sposób, który nie zawsze da się wytłumaczyć, rozumem ogarnąć, pojąć. On się przewartościowuje, a wraz z nim wszystko, co kiedyś było ważne. Istotne w tym wszystkim jednak to, byś Ty był po właściwej stronie. Nawet jeśli nie wszystko układa się tak, jak chcesz, bądź sobie wierny. Swoją postawą przekonujesz do siebie innych. Tak właśnie zrobiła Ola. Jej niespełna roczny pobyt w Edynburgu dobiegł końca. Pojechała na wakacje do Polski i już z nich nie wróciła. Dostała szansę, by kształcić się swojej ojczyźnie, by być wśród znajomych, by żyć w zgodzie z samą sobą. To ogromny kredyt zaufania dla nastolatki:

Było kilka przypałów, już dzisiaj to nieważne
ja dużo zrozumiałam,  ty najlepiej mnie znasz, nie?
I wiesz, że zawsze, jak sobie coś postanowię
to mimo przeciwności losu i tak to zrobię. 

Rok temu doradziłabym pewnie nie jednej osobie wyjazd za granicę, tutaj wszystko wydawało się łatwiejsze, gdy mnie tutaj nie było. Z perspektywy czasu wszystko, co jest tutaj zdaje się być o wiele trudniejsze.  Rozumiem Olę i jej decyzję. Z całego serca jej kibicuję.

P.S. Wtrącone słowa pochodzą z piosenki, którą napisała Ola, a tytuł mojego posta to również tytuł jej utworu. Niestety, nie jest dostępny nigdzie w internecie :(

wtorek, 6 września 2016

Żółty świat Alberta Espinozy


Książki, po które sięgam nie zawsze są wyborem przypadkowym. Czasem decyduję się na jakąś pozycję, ponieważ ktoś mi ją polecił. Innym razem dlatego, że jest na liście najlepszych. A jeszcze innym powodem może być coś, co mnie do niej przyciągnie. Na przykład tytuł "Świat na żółto. 23 małe odkrycia, które uratowały mi życie", prawda że brzmi tajemniczo i optymistycznie jednocześnie? I ta żółta okładka. To wszystko jest co najmniej intrygujące. Zdecydowanie bardziej ciekawie robi się jednak, gdy czytasz w pierwszym rozdziale: "Straty są pozytywne. Wiem, że trudno w to uwierzyć, jednak straty są pozytywne. Musimy się nauczyć tracić", a później w drugim rozdziale: "Nie istnieje coś takiego jak ból". Albo ja zwariowałam, albo przyszedł czas na przewartościowanie życia i rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. 




Warto powiedzieć z kim mamy do czynienia. Pokrótce wygląda to następująco. Autor książki, Albert Espinosa, to mężczyzna, który od 14 do 24 roku życia chorował na raka. W tym czasie stracił, o czym sam otwarcie pisze we wstępie: płuco, nogę i fragment wątroby. W swoim "chorowaniu" czy życiu z guzem, nauczył się wartościować świat na nowo i w tym, co złe, odnalazł dobre. Łącznie dokonał dwudziestu trzech małych odkryć, które, jak sam pisze, uratowały mu życie. I tak na przykład stwierdził, że straty są pozytywne, a ból nie istnieje, to, co w ukrywasz najbardziej, mówi o tobie najwięcej albo posłuchaj siebie, gdy się złościsz i tak dalej. Lektura składa się własnie z 23. rozdziałów, w których bohater i autor jednocześnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami ze szpitalnego życia. Nauki czy mądrości, których udziela czytelnikowi sam zaczerpnął ze słów i opowieści ludzi, z którymi miał do czynienia podczas pobytu w szpitalu. W ciągu 10 lat, podczas których mierzył się z chorobą, został wyłączony z normalnego życia. Jego nową rzeczywistością stało się życie szpitalne. Jego nową rodziną stali się inni pacjenci oraz lekarze i pracownicy ośrodka. To właśnie na podstawie obserwacji ich i słów, które wypowiedzieli, zbudował nową prawdę o funkcjonowaniu świata, bez jego wad. Nauczył się żyć z chorobą, stratą i śmiercią aż do momentu, w którym został zupełnie wyleczony. To właśnie ten nowy świat stał się żółty. I mieszkają na nim również żółci ludzie, którzy mają takie problemy jak przeciętni mieszkańcy Ziemi, ale bogaci są również w nowe doświadczenia, jakże obce nam, przeciętnym śmiertelnikom. Chociaż to niezupełnie takie proste. Bo Albert nauczył się dostrzegać w ludziach piękno, którego gołym okiem nie widać. Odkrył sposób na definiowanie pewnego rodzaju znajomości. 




I to ten motyw najbardziej mnie u niego przekonuje. Ja spotykam na swojej drodze ludzi - anioły, a on żółtych. Czy udaje się Wam czasem wpaść na kogoś przypadkiem i po zamienieniu kilku słów okazuje się, że rozumienie się tak, jakbyście znali się sto lat? A może po prostu trafiliście na bratnią duszę i to jedno spojrzenie lub kilka wyrzuconych przypadkiem słów powodują, że wiecie, iż Wasz rozmówca jest nieprzeciętny? Nauczmy się otwierać oczy na takie sytuacje i na takich ludzi, ponieważ nigdy nie wiemy co nas w życiu czeka. Takie małe nic i wszystko jednoczenie.

Lektura powiewa optymizmem i jest lekcją pokory dla tych, którzy jej w sobie nie mają. Warto po nią sięgnąć, żeby jak najwięcej z postawy przeciętnego żółtego zaczerpnąć. Polecam!

P.S. Zachęcam Was również do bliższego poznania tego nieprzeciętnego człowieka, autora i narratora książki: Albert Espinosa.


piątek, 2 września 2016

Stylizacja: so minimal




O gustach się nie dyskutuje, to fakt. I myślę, że jeśli stwierdzę, że Szkocja jest piękna to nikt nie będzie negował mojej opinii. Każdy bowiem znajdzie tu coś dla siebie, morze, góry, lasy, zieleń, tylko słońca czasem brak. Kocham słońce i gdybym mogła wybierać to chciałabym, żeby świeciło przez całe dnie, tak jak w krajach basenu Morza Śródziemnego. Musimy jednak cieszyć się tym, co mamy, a zatem brakiem słońca też. Choć w przypadku realizacji jakiejkolwiek sesji zdjęciowej wydaje się to czasem dość trudne. Tak jak na przykład przy zdjęciach, które zrealizowaliśmy na Calton Hill w Edinburghu, czego efekty możecie oglądać poniżej. Miejsce piękne, pogoda nie.




Ja jednak zupełnie nie to uczyniłam hasłem przewodnim sesji. Widzicie napis na koszulce? So minimal to moje motto przewodnie jeśli chodzi o ostatni czas w modzie. Im więcej na ten temat czytam, im bardziej zagłębiam się w tajniki wiedzy o modzie, tym większą minimalistką się staję. Słynne więcej znaczy mniej wypowiedziane przez Coco Chanel dawno temu zdają się być ponadczasowe i wraz z upływem lat sama się do nich przekonuję. Z jednej strony jest to bardzo łatwe, ponieważ trendy w modzie się zmieniają, a ty cały czas jesteś poza nimi. Z drugiej jednak strony , jeśli chcesz zachować lub w ogóle wyeksponować swój styl, musisz postarać się o to, by znaleźć na niego swój sposób. 

Może zatem warto zacząć od tego, by zrzucić z siebie wszystko, czego jest za dużo. Wybrać proste i klasyczne faktury noszonych materiałów. Uciec od wzorów i kolorów. Dobrać bazę, na której będzie się budować styl. A może Ty właśnie tego nie potrzebujesz, bo masz wszystko to, co konieczne?

A zatem nie brakuje u Ciebie na pewno klasycznych: butów sportowych, jeansów i białego t-shirtu. U mnie tak właśnie jest i dlatego dzisiejszej stylizacji hołduję dodatkowo hasłem na koszulce. Mam nadzieję, że Wam się podoba.

Przepis na dzisiejszą stylizację:
adidas superstar
jeansy Cubus
koszulka so minimal