środa, 21 grudnia 2016

Christmas in UK

Ostatnio znów odezwała się do mnie redakcja "Wysokich Obcasów" by w ramach projektu Polki bez granic opowiedzieć o zwyczajach świątecznych panujących w kraju, w którym aktualnie mieszkam. Niestety, tegoroczne święta spędzam w Polsce, więc raczej nie mogę powiedzieć o tym jak będą wyglądały moje święta za granicą, ale chętnie wypowiem się na temat tego, co wiem na temat zwyczajów panujących na święta w Szkocji.



Już na wstępie trzeba zaznaczyć, iż jednak większość zwyczajów świątecznych wiąże się ściśle z religią, tak przynajmniej jest w Polsce. A tu? Nie do końca. No właśnie. I to jest sedno sprawy, o którą chodzi w przypadku Christmas in UK. Brytyjczycy uwielbiają tę całą nagonkę, która towarzyszy świętom. Powiem szczerze, iż ja mocno celebruję święta Bożego Narodzenia, dlatego specjalnie mi to nie przeszkadza. I nawet za bardzo nie zdziwił, a raczej ucieszył mnie fakt, iż zaraz w okolicach tutejszego Haloween, czyli przełom października i listopada, pojawiły się na ulicach pierwsze ozdoby świąteczne, a w sklepach słodycze i ubrania specjalnie "na święta". Oznaką zbliżających się świąt są także na pewno organizowane w dużych miastach jarmarki świąteczne, które tutaj nazywa się Christmas Market. Ogólnie rzecz biorąc jest to miejsce, najczęściej gdzieś w centrum miasta, w którym przygotowano wesołe miasteczko, lodowisko, stoiska z różnymi regionalnymi specjałami. Myślę, że Polacy dobrze wiedzą o czym mowa, ponieważ coraz więcej tego typu jarmarków organizowane jest również w naszym kraju.

Różne około świąteczne działania nasilają się oczywiście bliżej świąt. 6 grudnia, czyli w nasze Mikołajki, tutaj w UK znane jako St Nicholas Day, też podobnie, słodycze zamiast do butów, trafiają do skarpet przymocowanych do mieszkaniowych i domowych kominków. Zwyczajem mikołajkowo - świątecznym jest na pewno Secret Santa. W szkołach i miejscach pracy odbywają się losowania. Przypomina to oczywiście nasze polskie mikołajkowe losowanie. Dla osoby, której imię znajdziemy na wylosowanej karteczce, kupujemy prezent. Oczywiście chodzi w tym wszystkim o to, by nie zdradzić imienia swojego szczęśliwca, bo to w końcu secret. Prezenty kupujemy do umówionej kwoty i wyznaczonym dniu przynosimy je w umówione miejsce, a później obdarowujemy się małymi niespodziankami. Zwyczajem "bardzo" brytyjskim jest wręczanie na Boże Narodzenie kart. U nas w Polsce też kiedyś wysyłało się kartki z życzeniami, teraz to już rzadkość. Natomiast w UK ludzie cały czas obdarowują się kartkami. Oczywiście nie tylko z okazji świąt. Oni darują sobie kartki z miliona różnych innych powodów, ale z okazji świąt również i raczej bez ograniczeń. Mam na myśli na przykład obdarowywanie ludzi z pracy, którzy wcale nie są Twoimi przyjaciółmi. To jest zwyczaj godny naśladowania!





Dzień naszej wigilii jest dla nich zwykłym dniem pracy. Te właściwe Christmas to zasadniczo jeden dzień, czyli 25 grudnia. Czas ten spędza się z rodziną lub przyjaciółmi. Wielu Brytyjczyków lubi w tym okresie wyjechać za granicę i wcale nie celebrować. Zwłaszcza, że święta to właśnie tylko na ten jeden dzień. A 26 grudnia rano wszystkie Brytyjskie dzieci znajdują prezenty i w tym dniu mamy w UK tak zwany Boxing Day, czyli dzień, w którym wszystkie sklepy oferują posezonowe i poświąteczne wyprzedaże. I to jest dodatkowy powód do świętowania dla Brytyjczyków. W tym dniu, zazwyczaj dla nich wolnym, ruszają do sklepów i centrów handlowych, gdzie realizują swoje vouchery i bony zakupowe, które otrzymali w prezencie świątecznym.

Osobiście mam wrażenie, że Brytyjczycy nie potrzebują specjalnych świąt czy innych dni do tego, żeby świętować. Po prostu robią to wtedy, gdy mają na to ochotę. Zwyczajnie.

Inaczej wygląda to w przypadku Polaków mieszkających za granicą, a przynajmniej w moim otoczeniu. Ostatnio na święta linie British Airways wypuściły reklamę, w której dwa misie siedzące w samolocie, po wylądowaniu otrzymując od stewardessy swoje płaszcze, nieśmiało wysiadają z samolotu, z pomocą innych podróżnych odbierają bagaże i wędrują ku wyjściu. W tej chwili w scenie misie zamieniają się w dziadków witanych na lotnisku przez rodzinę. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ten spot, pomyślałam o moich znajomych i ich rodzicach, którzy przylatują tutaj do Wielkiej Brytanii na święta. Często jest tak, że właśnie pierwszy raz lecą samolotem, a na lotnisku nie mogą się odnaleźć. Są nieśmiali jak te niepozorne misie, a później zamieniają się w dziadków, rodziców, Polaków. Część moich znajomych mieszkających tutaj pracuje w hotelarstwie, gastronomii czy handlu i oni niestety świąt nie mają. Co prawda sklepy są zamknięte 25 grudnia, ale hotele i restauracje już nie. Sprowadza się to do tego, że najczęściej wśród znajomych, chyba że jesteśmy szczęśliwcami i mamy tu przy sobie rodzinę, zasiadamy 24 grudnia do Wigilii, by choć przez chwilę przywołać tradycję, ponieważ już następnego dnia musimy iść znów do pracy. Dzień jak co dzień.

Dla mnie Święta Bożego Narodzenia są najważniejszymi ze świąt, najbardziej rodzinnym czasem w ciągu roku. Dlatego właśnie  nie wyobrażałam sobie świąt bez rodziny i niezmiernie cieszę się, że w tym czasie będę ze swoją w Polsce. Muszę jednak wyrazić swoje zadowolenie również z tego, iż mieszkając w Szkocji poznaję ludzi z różnych stron świata i coraz więcej dowiaduję się o ich zwyczajach świątecznych. Bardzo fajne jest również to, że oni są otwarci na nasze opowieści o polskim Bożym Narodzeniu.

List, po zredagowaniu, został opublikowany w serwisie:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,147125,21131273,boxing-day-to-dla-brytyjczykow-prawdziwy-powod-do-swietowania.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy&disableRedirects=true



środa, 14 grudnia 2016

Czym są dla mnie święta?

W moim domu zawsze było i jest tak, że w ciągu roku wszyscy żyjemy w dość dużym pędzie. Pracujemy poza granicami kraju, w różnych miejscach i godzinach. Brakuje nam czasu, żeby pobyć razem. Dlatego właśnie na Wigilię i Boże Narodzenie robimy wszystko, by po pierwsze być razem, a po drugie, najlepiej jak potrafimy, przygotować święta. Każdy zawsze starał się poświęcić temu maksimum swoich możliwości. Nie tylko w sprzątanie i gotowanie, ale również w zakup prezentów i przygotowanie całego domu do świąt. Staraliśmy się wszystko wcześniej pozamykać i sprawić, by ten czas był naprawdę magiczny. Wtedy bowiem wreszcie mogliśmy znaleźć czas dla siebie i sobą się nacieszyć. Nieraz pojawiały się łzy wzruszenia przy składaniu świątecznych życzeń, zdawaliśmy sobie sprawę, że to, co wydarzy się w Wigilię i jacy będziemy dla siebie w tym czasie, rzutuje na cały najbliższy rok.



Szczególnie doceniłam fakt świąt spędzanych z rodziną w zeszłym roku, gdy po raz pierwszy od 30 lat mojego życia, nie mogłam z nimi w tym czasie być. Wyjechałam z Polski w październiku i zdawałam sobie sprawę, iż przyjazd na święta nie będzie możliwy. Nastawiłam się do tego psychicznie. Jednak okazało się to znacznie trudniejsze w rzeczywistości. Telefon odebrany od taty w Wigilię, gdy wszyscy siedzieli przy stole w moim rodzinnym domu, a ja z przyjaciółmi z dala od nich, łzy i obietnica, że to pierwszy i ostatni raz jestem w święta z dala od rodziny. Wybrałam wyjazd za granicą, zdecydowałam się na pracę i życie poza Polską, ale nie umiem wyobrazić sobie kolejnych świąt bez rodziny. Dlatego właśnie cieszę się niezmiernie, że w tym roku znów będę z nimi!

Zastanawialiście się jednak co tak magicznego jest w tym okresie i dlaczego potrafimy cieszyć się z niego jak dzieci? Wydaje mi się, że nie chodzi tylko o całą otoczkę, która towarzyszy tym pięknym dniom. Powiedziałabym raczej, że jest w nas szczególna radość, taka z wnętrza, która udziela się w sposób niekontrolowany. To trochę taki przyklejony, ale niesztuczny!, uśmiech, który nosisz na twarzy. I od Wigilii do drugiego dnia świąt Ci towarzyszy. Coś niezwykłego jest w tej wspólnej kolacji, do której zasiadamy z najbliższymi, dzielimy się opłatkiem i życzymy sobie. Wspólnie celebrujemy chwile, rozmawiamy i słuchamy kolęd, czasem śpiewamy. A później obdarowujemy się prezentami. Niezwykłe jest to, w jaki sposób podczas kolacji potrafimy ze sobą rozmawiać. A później Pasterka, do której czasem ciężko wyczekać, ale przecież wiemy, że warto. Najfajniejsze jest to, że możemy się motywować wspólnie z bliskimi, z którymi będziemy celebrować tę mszę. Późny powrót do domu jest zgodą na dłuższe spanie 25 grudnia, ale jak tylko wstaniemy to znów siadamy wszyscy do stołu by spożyć świąteczne śniadanie. Później przygotowujemy obiad, przyjeżdża rodzina.

W polskiej tradycji rzeczywiście dużo dzieje się przy stole, bo tacy my Polacy jesteśmy. W naszej mentalności zapisało się witanie gości "czym chata bogata" i dlatego tak dużo w nas z zastawionym stołem w tle. Wiele osób narzeka, że święta to obżarstwo. Jednak siedzenie przy stole nie musi być tylko jedzeniem. To zależy od nas, bo fajnie jest po prostu być wśród bliskich, rozmawiać, a później iść na przykład na wspólny spacer, przecież nie musimy cały dzień siedzieć. Czas świąt jest czasem szczególnym i ta magia, która jest mu przypisana, przestawia nas na inne o sobie, rodzinie i świecie myślenie. W tym okresie przestajemy być przeciętni, a stajemy się wyjątkowi. W naszej tradycji wiąże się to ściśle z religią i narodzinami Chrystusa. Bo oto właśnie z jego przyjściem na świat do naszych serc napływa radość. Ten duch towarzyszy mnie i moim świętom co rok!




Ostatnio, z polecenia, wpadła mi w ręce książka Anny Litwinek "Czarownica". Akcja lektury rozgrywa się w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, więc nawiązuje tematycznie do czasu, w którym my się teraz znajdujemy. Dla trzydziestoletniej Sonii Hunamskiej, która pracuje jako dziennikarka w lokalnej gazecie, jest to jednak szczególny czas z innego powodu. A mianowicie wkracza ona w moment, w którym z racji dziedzictwa duchowego powinna przejść przez pewnego rodzaju inicjację, dzięki której ma stać się czarownicą. Bez obaw, książka nie jest żadnym straszydłem, wręcz przeciwnie. Utrzymana w lekkim i zimowym klimacie wprowadza nas w nastrój świąt, a nieporadność i łatwość wpadania w kłopoty głównej bohaterki, dodają jej jeszcze większego uroku. Jeśli chcecie dowiedzieć się trochę więcej na temat trochę innych, niż świąteczne, bo pochodzących z natury, czarów i magii, to sięgnijcie po tę książkę. Szczerze Wam ją polecam, zwłaszcza jeśli w okolicy świąt dysponujecie większą ilością czasu. Może ona też być świetnym pomysłem na prezent.

P. S. Swoją drogą zastanawiam się czy tylko ja mam takiego bzika na punkcie świąt ;)

wtorek, 6 grudnia 2016

Slow fashion

Odkąd mniej lub więcej zajmuję się modą, czyli właściwie odkąd weszłam w wiek nastoletni, buduje się mój styl. Mówię buduje się, ponieważ nie mogę powiedzieć, że na wszystko w moim stylu wpływ miałam sama. I choć wiele błędów w tej materii popełniłam i być może jeszcze nie jeden się przydarzy, to jednak cieszę się, że mam poczucie, iż we właściwym kierunku zmierzam. Z upływem czasu wszystko w modzie staje się dla mnie bardziej klarowne. 




Duży przełom w moim ubieraniu nastąpił na pewno gdy skierowałam swoje pierwsze kroki do dużych galerii handlowych, gdzie spośród kilkudziesięciu sklepów mogłam wybierać to, co mnie najbardziej interesuje. Teraz, gdy w ogóle wybieram się sklepów, nie chodzę po wszystkich, a jedynie trafiam do mojej wyselekcjonowanej grupy, która proponuje to, co rzeczywiście godne uwagi.

Dawniej ogromne znaczenie miała dla mnie również możliwość dokonywania zakupów odzieżowych przez internet. Ponieważ wychowałam się w małym mieście, nie zawsze miałam dostęp do wszystkiego, co mi się podoba, dużym ułatwieniem stały się zakupy online. Fakt jest jednak również taki, że ta możliwość nie tylko pomogła, ale wpędziła również w pułapkę. Z czasem kupowałam więcej i więcej, do tego stopnia, że kurier przywoził kilka paczek dziennie. Zakopywałam się w pudłach i sklepach internetowych proponujący rabaty, promocje, kody, zniżki i tak dalej. Z czasem okazało się, że rzeczy w szafie się nie mieszczą, to po pierwsze, a po drugie, że połowa z nich jest nienoszona. A przy tym jeszcze podział na ciuchy potrzebne do pracy i po pracy i znów błędne koło. 

W tamtych czasach wydawało mi się, że szafa powinna być różnorodna i kolorowa. I choć nie do końca to się zgadzało z moim gustem odzieżowym to brnęłam w tym labiryncie coraz głębiej i głębiej. Sprowadzało to się w gruncie rzeczy do tego, że coraz trudniej było mi dobrać zestaw na dany dzień, wszystko wydawało się nudne i powtarzalne, a przy tym ogromna ilość ciuchów wprowadzała bałagan, ponieważ o połowie nie pamiętałam i nie mogłam się na nic zdecydować. To mnie bardzo męczyło. Chciałam codziennie wyglądać inaczej, więc codziennie starałam się ubierać w coś innego i mimo, że ubrań miałam coraz więcej to wydawało mi się, że jestem w tym nudna i przewidywalna, a przecież tak bardzo chciałam chciałam zaznaczyć swój styl!



No właśnie, o co chodzi z tym stylem, dlaczego mimo coraz większej ilości ubrań mój styl wciąż nie wydawał się klarowny i w ogóle czym ten mój styl był? O to chodzi, że niczym. To błędne koło nie prowadziło do niczego dobrego, a na pewno nie do ustalenia swojego stylu. Ale jak to możliwe? Przecież miałam tyle ubrań!

Odkąd zaczęłam prowadzić blog i interesować się modą szerzej, odkąd zaczęłam poszukiwania mojego własnego ja w modzie, uświadomiłam sobie na czym polegał mój błąd i przed czym niepotrzebnie się broniłam. Znalazłam właściwą, niezwykle pomocną mi w tym lekturę. Mówię tutaj o książce Joanny Glogazy, autorki bloga styledigger.com, pod tytułem "Slow fashion". Blogerka uznawana jest za jedną z kreatorek slow fashion i minimalizmu w modzie. Jej punkt widzenia ukazany w książce i na blogu rzeczywiście otworzył oczy. Podchodzi ona bowiem do tematu w sposób racjonalny i mądry. Podobnie jak ja, na przestrzeni lat, wypracowała swój gust modowy. A zatem o co w tym wszystkim chodzi?

1. Jakość. O stylu nie świadczy ilość posiadanych ubrań, ale ich jakość. Możesz mieć górę ciuchów, ale czy tak naprawdę umiesz stworzyć z nich fajne i stylowe zestawy? Czy wszystkie ubrania pasują do siebie, czy prezentują jeden styl? A może znów skusiłaś się na kolejną wyprzedażową czy promocyjną rzecz? A przecież tak cudnie jest założyć miękki, ciepły i otulający (nie gryzący!) sweter, a nie odkładać na później gryzącą podróbę pseudo wełnianą, którą kupiłaś tylko dlatego, że była w świetnej promocji. Po co kupować kolejne t-shirty, skoro możesz mieć dwa lub trzy porządne i pasujące do reszty? Podobnie z butami, bluzami i tak dalej. Lepiej inwestować w dobrej jakości odzież, która posłuży przez lata.

2. Minimalizm. Zawsze lubiłam gładkie ubrania, szczególnie góry, czyli bluzki, swetry, bluzy i zawsze się przed tym broniłam. Dlaczego? Bo wydawało mi się to nudne. Podobnie jest z butami. Nie lubiłam nigdy botków w stylu kowbojskim, boho czy jaskrawych kolorach. Jedyne, co dopuszczałam, to oczywiście obcas lub szpilka, które są alternatywą dla płaskich. Ale dziś, kiedy tyle trendów rządzi na rynku mody znów wydawało mi się to nudne. Wzory lubię albo dopuszczam na spodniach, spódnicach i sukienkach. To i tak wprowadza urozmaicenie, a ja myślałam, że to za mało. Mniej znaczy więcej? Dla mnie tak! 

3. Złote dodatki. Moja cała rodzina, ja też, uwielbiamy złote dodatki. Nigdy nie miałam ich na sobie zbyt dużo, ale jeśli były to zawsze złote. Kiedyś myślałam, że to źle, bo złoto jest drogie i bardziej kojarzy się z przepychem, niż na przykład srebro. Zaczęłam zatem kupować rzeczy ze srebrnymi wykończeniami i dodatkami. W ten sposób utworzył się bałagan. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę efektownie wygląda strój, gdy jest jednolity w wykończeniu i niepotrzebnie uciekłam od złota, które w połączeniu z  moimi ulubionymi: szarością, nude, czarnym i granatem prezentuję się niezwykle efektownie. Złoto wróciło do moich łask.

4. Czerń, ciemny szary, nude, pudrowy róż, granat. Wybrane kolory w mojej prywatnej palecie odzieżowej. Kiedyś wydawało mi się, że wszystkie rzeczy, które kupię muszą być właśnie w tej gamie. Trzeba jednak zauważyć, że każdy z nich ma różne odcienie, szczególnie ma to znaczenie przy szarym. I tak na przykład ciemny szary kolor jak najbardziej do mnie pasuje, jestem blondynką, mam zielone oczy, więc na tle ciemnych kolorów moja twarz wygląda naprawdę dobrze, a przy bladym szarym jest zupełnie odwrotnie. A zatem szary szaremu nie równy. I to też nie jest bez znaczenia. A ja niedbale łączyłam szarości i tak naprawdę kiepsko się to prezentowało. Dziś wiem, że nie było warto, lepiej skupić się na tym, co naprawdę dla mnie ważne.

5. Koronka. Jakie wzory dopuszczam, jakich nie lubię? No cóż. Moją wielką miłością były, są i będą zapewne koronki. Wydają mi się, obok kwiatowych, najbardziej kobiece. I wszystkie ubrania najchętniej wykańczam właśnie koronkami, a spośród sukienek to właśnie koronkowe najczęściej przyciągają mój wzrok. Kiedyś myślałam, że nie powinnam w ten sposób się ubierać, bo to zbyt monotonne, a innym może się wydawać mdło od moich koronek, ale cóż z tego, jeśli to jest właśnie mój styl?

Tak było do tej pory, teraz jednak mam większą świadomość tego, co robię i dzięki książce "Slow fashion" udało mi się to uporządkować. Nie będę się już bronić przed moim stylem tylko właśnie otworzę się na to, co do tej pory chciałam odrzucać, bo wydawało mi się nudne. Przecież to, co najbardziej lubię w modzie określa właśnie mój styl. Wy też przestańcie się bać stawiać na swoim. Jeśli uwielbiacie czarne spodnie to nie kupujcie innych, bo i tak będziecie nosić tylko te czarne. Starajcie się jednak wybierać produkty z górnej półki (mam na myśli przede wszystkim jakość, niekoniecznie cenę) i kupujcie tylko to, co naprawdę chcecie mieć, a nie cokolwiek, bo po prostu chcecie wydać pieniądze. To właśnie zakłada slow fashion.

A przede mną małe wyzwanie. Na podstawie mojego cudownego przewodnika będę tworzyć swoją mapę stylu, jak tylko powstanie, na pewno się Wam nią pochwalę.



czwartek, 1 grudnia 2016

Nie czyń z życia dramatu

O Dagmarze Skalskiej usłyszeliście ode mnie pierwszy raz chwilę temu, gdy pisałam Wam o tym w jaki sposób możecie umilić sobie jesienne wieczory. Poleciłam Wam wtedy czytanie książek, które ukierunkowują Was na pozytywny egoizm. Dziś jednak chciałam zająć się tym tematem trochę bliżej. Muszę się Wam przyznać, że na PROJEKT EGOISTKA trafiłam przez przypadek. Po prostu jedna ze znajomych na Facebooku polubiła funpage i z ciekawości zajrzałam na niego. Zobaczyłam tam dziewczynę, która podrzucając palcem wskazującym okulary na nosie mówi zza szklanego ekranu do swoich odbiorców. Ale, o czym ona mówi?! Opowiadała o swoich odczuciach, które towarzyszyły jej po stracie męża. Nie to jednak mnie zdziwiło. Dagmara Skalska nie była tam zapłakaną wdową. Wręcz przeciwnie. Promieniała uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. Była... zupełnie inna, niż typowa kobieta po stracie męża.
Wtedy tylko polubiłam stronę i obiecałam sobie, że wrócę do niej jeszcze. Dużo czasu upłynęło zanim tak się stało, ale do tematu zabrałam się dość porządnie. Oto moje przemyślenia.



Trochę przewertowałam stronę www.projektegoistka.pl, obejrzałam zdjęcia z warsztatów, komentarze egoistek i czytelników, przepisy i blog Dagmary. To mnie zainteresowało, zainspirowało i chciałam więcej, więc sięgnęłam po książki:

"Egoizm to nie grzech. Kurs na miłość" Dagmara i Tomasz Skalski
"Egoizm to nie grzech. Pokochaj swój umysł" Dagmara Skalska i Marcin Wąsik
"Egoizm  to nie grzech. Pokochaj swoje ciało" Dagmara Skalska.

Warto byłoby zająć się poszczególnymi tytułami z osobna, ponieważ każdy z nich stanowi pewnego rodzaju część składową na drodze do nauki pozytywnego egoizmu. Należy przyjrzeć się pojedynczym elementom, by nauczyć się w pełni sztuki, do której pieczołowicie nakłaniają Skalscy. Bo musicie wiedzieć, że to wcale nie jest takie proste. Składowych kursu jest zatem wiele i długo zastanawiałam się jak Wam przekazać to, co najważniejsze, żeby trafić w sedno i zachęcić Was do lektury. Ciężko było zebrać wszystkie wątki w jedno, więc skupię się po prostu na tym, co mnie przekonało.




Po pierwsze miłość i to jaka! Miłość dwojga ludzi z różnych światów, którzy od momentu poznania wiedzą, że chcą razem przejść przez życie. Cudownie, prawda? Jednak przy bliższym poznaniu znów wcale nie tak prosto. Nie będę Wam mówić kim byli i jak się poznali, bo o tym przeczytacie w lekturach. Co ważne jednak i to przede wszystkim powinno Was zainteresować, to nie jest historia z happy endem, a może nie z takim jakiego oczekujecie. No cóż, taka miłość do drugiego człowieka zdarza się naprawdę rzadko. Ale miłość do samego siebie, choć nie ważniejsza, może przetrwać na zawsze i o to własnie chodzi w pozytywnym egoizmie. Tylko jak się tego nauczyć? Trzeba mieć odwagę do tego, by żyć w zgodzie ze sobą i dla siebie, cenić swoją wolność, poszukiwać własnej drogi. Akceptować siebie i swoje wybory. To wszystko składa się na pozytywny egoizm, bo pozytywny egoizm to nic innego, jak własnie miłość do siebie.

Na pierwszy rzut oka nie wydaje się niczym skomplikowanym, ale po chwili zastanowienia uświadamiasz sobie, że to jednak dość złożony proces. Żeby go przejść należy mocno zainwestować w siebie, w swoje ciało i umysł. Możesz się tego nauczyć od mistrzów tybetańskich lub innych znawców sztuki i filozofii Wschodu, jak poleca Dagmara Skalska. Możesz też jednak dążyć do tego inną, własną drogą. Nie zapominaj jednak, że właściwe przygotowanie duszy musi iść w parze z umysłem i ciałem. Dlatego musisz nauczyć się tej szczególnej pielęgnacji. Odpowiednio dobrane ćwiczenia, dbanie o kondycję fizyczną oraz właściwe odżywianie to kolejne kroki wtajemniczenia.

Wiem, że filozofia pozytywnego egoizmu jest procesem, na który można się przestawić i stopniowo wdrożyć go we własne życie. Jeśli jednak nie wciągnie Cię w pełni to chociaż pozwól na częściową adaptację. Ja na początek polecam Ci:

Trening pozytywnego nastawienia:
1.      Śledzę wewnętrzny głos
2.      Świadomie wykorzystuję codziennie trudności
3.      Obserwuję swój dzień
4.      W ciągu dnia poszukuję nauczycieli i przyjaciół
5.      Obdarowuję innych
6.      Cierpliwie czekam na efekty swoich działań
7.      Jestem obecna w każdej sekundzie swojego życia
8.      Otwieram się na to, co przynosi rzeczywistość
9.      Nie wysyłam w kierunku innych nieczystych myśli i emocji
10.  Rozdaję uśmiechy
11.  Doceniam tych, którzy są dla mnie cenni
12.  Szanuję ludzi za to, kim są, a nie za to, czego dokonali
13.  Nie wyrażam opinii, za którymi nie stoją czyste intencje
14.  Stosuję mantry na trudne sytuacje
15.  Codziennie idę dalej
16.  Pomnażam miłość – to najbardziej twórcza z emocji
17.  Utrzymuję rozluźniony umysł
18.  Decyzje podejmuję w sposób zdecydowany
19.  Wybieram wspierające i twórcze emocje i myśli
20.  Odpuszczam rzeczy, na które nie mam wpływu
21.  Powoli, małymi krokami, robię swoje, bez oczekiwania efektu
22.  Koncentruję się na pojedynczym działaniu
23.  Rozpuszczam stresujące sytuacje i trudne emocje

Po więcej sięgnijcie do książek.
I jeszcze jedna rzecz. Zatytułowałam ten post "Nie czyń z życia dramatu". To ulubione powiedzenie Dagmary i Tomasza Skalskich, mi też się przyjęło ;) Kiedy poznasz ich historię lub przyjrzysz się uważniej swojemu otoczeniu to uświadomisz sobie jak łatwo przychodzi Ci dramatyzowanie i zrozumiesz, że być może wcale nie masz ku temu powodów.

Dobrego wieczoru. E.